czwartek, 15 października 2015
Rozdział 15
UWAGA! Rozdział zawiera sceny erotyczne przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich. Czytając, robisz to na własną odpowiedzialność bla bla i tak wiem, że przeczytacie zboczuchy.
HARRY'S POV
-Chcę zrobić coś więcej.
Słowa opuściły jej usta półszeptem, a moje wargi zacisnęły się w cienką linię.
Taka właśnie była moja Rose.
Kurewsko perfekcyjna, a jej słowa tylko to potwierdzały. Była najbardziej uroczą dziewczyną, jaką dane mi było poznać. Troskliwa, zabawna i nieziemsko piękna. Nigdy nie przestawała mnie zaskakiwać, i nic nie mogłem na to poradzić, że zakochiwałem się w niej do granic możliwości.
-Jasne. - Powiedziałem, a moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. - Pozwól jednak, że to ja zacznę, skarbie.
Uśmiechnęła się, choć wyglądała na trochę zawstydzoną. Jej policzki nieco się zaróżowiły. Położyła rękę na mojej szyi i przyciągnęła mnie do siebie, zmuszając bym ją pocałował.
Moje dłonie same, odruchowo ściągnęły z niej koszulkę. Dłońmi gładziłem jej ciepłą, delikatną skórę wzdłuż pleców. Złapałem ją za nadgarstki, ściskając je lekko i unosząc nad jej głowę. Jej puls przyspieszył, czułem to, składając pocałunki na szyi. Skomlała i wiła się pode mną. Chciała mnie dotknąć, ale jej na to nie pozwalałem.
Przenosiłem się w dół, rozprzestrzeniając niedbałe pocałunki wzdłuż jej brzucha. Jedną dłonią nadal unieruchomiłem jej ręce, a drugą ująłem jej pierś, ściskając ją lekko. Jej klatka piersiowa unosiła się opadała w szybkim tempie. Moje usta znajdowały się teraz w zagłębieniu pomiędzy jej piersiami. Wycofałem z nich swój język, dmuchając powietrze na pozostawione wcześniej, mokre ślady. Na jej ciele pojawiała się gęsia skórka.
Nagle Rose wydała z siebie cichy jęk, a ja oswobodziłem jej nadgarstki. Jej dłonie natychmiast wplotły się w moje włosy.
-Lubisz to? - Zapytałem, posyłając jej uśmiech. Kochałem jej reakcję na mnie i pragnąłem tego więcej.
-Tak. - Wyszeptała.
Czarny stanik wyglądał niesamowicie na jej jasnej skórze, więc postanowiłem go z niej nie zdejmować, na razie.
Zamknąłem oczy. Dotykałem jej miękkiej skóry, ssając ją i przygryzając.
-Wyglądasz tak pięknie. - Oznajmiłem, pomiędzy pocałunkami.
-Dziękuję.
Jej palce rozluźniły nieco uścisk na moich włosach. Zniżyłem się do jej podbrzusza, gdzie pozostawiałem wilgotne ślady. Szarpnąłem za guzik jej spodni, po czym zsunąłem je z bioder. Oddychała coraz ciężej, reagując na moje pocałunki. Cholernie mnie to podniecało.
Zassałem mocno jej skórę, pozostawiając po sobie zaczerwieniony ślad.
Trzymałem ja za biodra, a ona uniosła je lekko ku górze. Przeniosłem rękę na wewnętrzną stronę uda i kierowałem ją pomiędzy nogi. Odsunąłem tkaninę jej majtek i wsunąłem w nią dwa palce. Zassała głośno powietrze.
-Kurwa, jesteś taka wilgotna, Rose. - Powiedziałem, powoli ściągając z niej bieliznę. Odrzuciłem ją na bok razem z jeansami, żeby nie marnować czasu.
Przycisnąłem moje wargi do jej ust, zaskakując ja odrobinę, na co wzięła głęboki oddech. Poczułem jak moje spodnie robią się coraz ciaśniejsze.
Chwyciłem jej biodra, odwracając ją tak, by znalazła się pode mną. Wisiałem nad nią, podtrzymując rękoma cały ciężar swojego ciała. Rozchyliłem je nogi i przeniosłem się pomiędzy nie. Przywarłem do niej językiem, na co zaskomlała.
Kurwa.
Desperacko chciałem usłyszeć więcej, pragnąłem by krzyczała moje imię, każdej pierdolonej nocy. Mój język poruszał się szybko. Gorący oddech opuścił moje usta, powodując gęsia skórkę na jej udach.
-Harry. - Słyszałem jej jęki.
Uwielbiałem tą reakcję. Prowokowałem ją, by usłyszeć więcej.
-Jest ci dobrze?
Nie była w stanie nic powiedzieć. Otrzymałem odpowiedź w formie delikatnego skomlenia.
Wycofałem na chwilę z niej język i popatrzyłem na nią. Miała niezadowoloną minę. Jej wzrok odnalazł mój. To spojrzenie doprowadzało mnie do wariacji.
-Harry, proszę. - Miała tak bardzo zdesperowany głos.
-Nie, dopóki nie powiesz mi jak dobrze się czujesz.
-Cholernie dobrze. - Wyszeptała. - Proszę, nie przestawaj.
Dobór jej słów i sposób w jaki je wypowiadała, nie pozwalał mi racjonalnie myśleć.
Wróciłem ustami do poprzedniego miejsca. Krążyłem językiem raz wolniej, raz szybciej, męcząc ją coraz bardziej. Ciągnęła mocniej za moje włosy. Wiła się gwałtownie zasysała powietrze.
Przyciągnąłem ją jeszcze bliżej, kontynuując moje tortury. Nie mogłem przestać poruszać językiem, kiedy tak kurewsko seksownie wyginała swoje ciało i zaciskała dłonie na prześcieradle.
-Harry. - Prawie krzyczała, a ja czułem jak jej ciało stopniowo sztywnieje. Nie chciałem, by teraz dochodziła, dlatego natychmiast przerwałem.
Wypuściła z siebie powietrze w geście frustracji.
Potrzebowałem potwierdzenia, że pragnie mnie tak bardzo, jak ja ją. Podparłem swoje ciało na łokciach, siadając tuż za nią. Moje dłonie powędrowały na jej plecy, bezpośrednio do zatrzasków stanika. Jej uśmiech powoli blaknął, a oddech ustabilizował się.
Zsunąłem biustonosz z jej ramion. Została zupełnie naga, a ja byłem zbyt zajęty podziwianiem jej. Kiedy patrzyłem, odsunęła się i stanęła naprzeciw mnie.
Położyła dłoń na moim obojczyku i opuszkami palców wyznaczała linie, zjeżdżając do mięśni mojego brzucha. Złapała za guzik spodni, pozbywając się ich tak, jak ja zrobiłem to wcześniej z jej ubraniem.
Wyjąłem prezerwatywę z torby, stojącej obok naszego prowizorycznego łóżka. Rozdarłem opakowanie i nałożyłem ją tak szybko, jak tylko było to możliwe. Uniosłem jej biodra, tak by na mnie usiadła. Na jej policzki wkradł się rumieniec. Robiła to pierwszy raz w taki sposób.
Zaczęła niepewnie kołysać biodrami. Kurwa. Była taka niewinna, a jednocześnie seksowna. Położyłem ręce na jej biodra, nadzorując jej ruchy. Po chwili stwierdziłem, że wcale tego nie potrzebuje, poruszała się naturalnie i pewnie. Czułem się kurewsko dobrze, mogąc czuć każdą część jej.
Krótkie, przerywane jęki, uchodzące z jej ust, docierały do moich uszu, siejąc we mnie spustoszenie.
-Sprawiasz, że czuję się cholernie dobrze, Rose.
-Tak? - Zapytała.
Zwilżyłem usta i przytaknąłem. Uniosłem biodra nieco wyżej, by móc poczuć ją jeszcze bardziej. Jej klatka piersiowa szybko się unosiła i opadała.
Zassałem głęboko powietrze.
-Boże, jesteś cholernie seksowna. - Powiedziałem.
To była prawda. Każda część jej i wszystko co robiła, było słodkie, zabawne i seksowne. Byłem jej pierwszym facetem, wszyscy inni, którzy znali ją przede mną musieli być pierdolonymi idiotami, jeśli żaden z nich jej nie przeleciał. Pozwolili jej od siebie odejść. Nie rozumieli tego, jak piękna była. Byłem wdzięczny Bogu, za to, że ją poznałem. Byłem pewny tylko tego, że nigdy nie pozwolę jej ode mnie odejść.
Przycisnąłem ją do siebie mocniej, moje palce ściskały jej biodra, kiedy ciche jęki opuszczały jej usta. Oboje ciężko oddychaliśmy.
Była już blisko, poznałem to po sposobie, w jaki jej nogi okalały moje ciało, a jej głos stawał się głośniejszy. Powstrzymywałem się trochę, starając się osiągnąć orgazm równocześnie z nią.
-Harry. - Dała mi sygnał.
-To jet to kochanie, dojdź dla mnie. - Wyszeptałem.
Odchyliłem głowę do tyłu, przygryzając dolną wargę. Jęki i westchnienia mieszały się w jej ustach, gdy wypowiadała moje imię.
Przycisnęła mocno usta do moich, wbijając jednocześnie paznokcie w moją klatkę piersiową. Doszliśmy razem w tym samym czasie, po czym rozpalone, nagie ciało Rose spoczęło na moim. Nasze klatki piersiowe szybko się unosiły, potrzebowaliśmy kilku minut by nasze oddechy powróciły do normalnego tempa.
-Tak bardzo Cię kocham, Rose. - To było wszystko, co byłem w stanie z siebie wydusić.
ROSE'S POV
Harry i ja czuliśmy się cudownie po naszej niesamowitej nocy. Długo potem nie spaliśmy i rozmawialiśmy. Nie wiem ile czasu to trwało. Pamiętam tylko jak głos Harry'ego stał się ochrypły, a moje powieki same zaczęły się zamykać. Nie potrafię nawet określić dokładnej chwili, w której zasnęłam.
To był jeden z najpiękniejszych dni, które spędziłam z Harry'm. Po ucieczce z lasu poszliśmy na tańce i ukradliśmy kurtkę temu dziwnemu facetowi. Potem spędziliśmy razem cudowną noc. To wszystko było takie niesamowite, nie mogłam pragnąć niczego więcej. Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.
Następny ranek szybko przywrócił nas do rzeczywistości. Usłyszałam czyjeś kroki..
ieldsvnj ewuk skjksd I JAK?
Tak, wiem. To był mój najgorszy rozdział, jaki kiedykolwiek przetłumaczyłam. Przepraszam, ale nie potrafię pisać rozdziałów +18 :(
PS rozdział miał być dodany w weekend, ale jako iż będę zajęta, dodaję go teraz. :)
sobota, 10 października 2015
Rozdział 14
HARRY'S POV
Czułem pustkę. Kompletną, siejącą spustoszenie w moim ciele, pustkę. Całe moje ciało było wyssane z emocji i pozbawione kolorów. Na mojej skórze pojawiały się wilgotne krople, spływały po mnie, zmywając wirujące wokół myśli. Miałem wrażenie, że przeniosłem się na pustynię. Powierzchnia mojej skóry była popękana, a w gardle mogłem poczuć tylko suchość. Całe to kościste ciało ledwo trzymało się na nogach, byłem odwodniony, a pragnienie doprowadzało mnie do obłędu.
Ale wtedy dostrzegłem, że chmury, nade mną, robią się ciemniejsze. Spojrzałem w górę, mrużąc swoje oczy. Poczułem kroplę.
To był deszcz. Zbierało się na burzę. Chmury rozciągnęły się na całym niebie, rozprzestrzeniając wszędzie ciemność, pozwalając tylko niektórym, słabym promieniom słońca przebić się przez swoją ciemną powłokę. Krople chłodzącej wody spadały z góry, zatrzymując się na mojej twarzy. Uzdrawiały płonące ciało. Przechyliłem do tyłu szyję i otworzyłem usta. Deszcz dotykał mojego języka, spływając pomału po pieczącym gardle, jednocześnie tłumiąc uczucie suchości. Zaśmiałem się głośno, w pustą przestrzeń. W końcu poczułem się żywy.
Tak właśnie wyglądały moje uczucia do Rose.
Sposób w jaki ją kochałem i w jaki ona kochała mnie, był nie do opisania. Znaliśmy się zaledwie kilka miesięcy, które okazały się być najlepszym okresem w całym moim, pieprzonym życiu. To było piękniejsze, niż można sobie wyobrazić. Nie wiem, może to zasługa tej nocy, albo tego miejsca, wiem tylko, że przy niej czuję się kurewsko szczęśliwy. Wiem, że teraz brzmię jak totalna pizda, kiedy te wyznania o miłości uciekają prosto z mojej głowy, ale nie mogę ich zatrzymać. By uratować resztki swojej męskości, zaczynam myśleć o tym, jak zrywam z niej ubrania i kładę ją przed sobą.
Nie miałem siły, by kontrolować swoje myśli, oglądając jak obraca się dookoła mnie, w tych swoich, ciasnych jeansach i krótkiej koszulce.
Tańczyliśmy jeszcze przez kilka utworów, zanim uświadomiłem sobie, że możemy dobrze wykorzystać ten zafascynowany zabawą tłum.
Delikatnie oparła się o moją klatkę piersiową, kiedy kolejna, wolna piosenka właśnie się skończyła. Uśmiechnąłem się i pozwoliłem jej tak zostać na chwilę, po czym przybliżyłem swoje usta do jej ucha.
-Rose. - Wyszeptałem.
Podniosła głowę, by na mnie spojrzeć, a ja kiwnąłem głową w kierunku wyjścia.
-Chyba powinniśmy się zbierać.
-Chyba. - Odpowiedziała. Wyraz jej twarzy mówił mi, że wiedziała, jakie były moje intencje.
Odwróciłem się w kierunku dziesiątek stołów i zacząłem iść przed siebie, z Rose podążającą tuż za mną.
-Do szatni. - Powiedziałem do siebie.
-Co? - Rose, zapytała, truchtając bliżej mnie.
-Ktoś na pewno zostawił portfel w swoim płaszczu. - Ściszyłem ton swojego głosu.
-Myślisz, że są tam jakieś płaszcze? - Zdziwiła się. -Nie widziałam żadnych, kiedy przechodziliśmy obok.
-Są. - Stwierdziłem, odwracając głowę w poszukiwaniu wejścia. Znalazłem. Małe drzwi po prawej stronie.
-Czekaj. - Usłyszałem Rose, zanim poszedłem dalej. Odwróciłem się do niej, zatrzymując się przy niepilnowanym stoliku. Uniosłem brwi, oczekując na odpowiedź, ale nie zauważyła tego. Wzięła talerz z jedzeniem siadając obok.
Zachłannymi ruchami wpychała kilka frytek do ust. Spojrzałem w prawo i w lewo, wszyscy skupiali uwagę na swoim partnerze. Wziąłem widelec i wbiłem go w kawałek kurczaka. Mogliśmy wziąć dosłownie każdy posiłek z tych stolików, nikt by się nawet nie zorientował.
-Dobrze, przepraszam. - Powiedziała, przepraszając samą siebie i zapewniając, że tak nie można.
-Chodź. - Uśmiechnąłem się z ustami pełnymi jedzenia.
Ruszyliśmy w stronę szatni, przepychając się przez tłum ludzi. Popchnąłem drzwi i znaleźliśmy się w długim, wąskim pomieszczeniu, w którym znajdowało się mnóstwo wieszaków, z mnóstwem zimowych kurtek.
Nie byliśmy sami, to było pewne. W innym przedziale znajdował się mężczyzna. Postanowiłem robić to samo, co on. Udawałem, że czegoś szukam. Rose podążała za mną i przeszukiwała wieszaki. Facet znalazł to, czego szukał, szarpnął płaszcz z wieszaka i wyszedł tam, skąd przyszliśmy.
Poczekałem, aż drzwi się całkowicie zamkną.
-Sprawdzaj szybko, zanim ktokolwiek tu przyjdzie. Portfele, gotówka, wszystko co tylko znajdziesz.
Rose przytaknęła i zaczęła przeszukiwać rzeczy. Grzebałem w kieszeniach, ale znajdowałem tylko klucze, albo jakieś drobne. Dopiero przy czwartym płaszczu, w końcu natrafiłem na portfel.
-Cztery funty! - Rose krzyknęła, zanim miałem szansę go otworzyć.
-Naprawdę? - Spytałem, patrząc jak chowa pieniądze do swojej tylnej kieszeni spodni. - Idealnie, Skarbie, szukaj dalej.
Spojrzałem do "mojego'' portfela.
-Jeden funt i pięćdziesiąt pensów. - Powiedziałem na głos i szybko odłożyłem go na miejsce.
-Nic. - Usłyszałem po chwili Rose, szperającą pośród kurtek. Nagle spostrzegłem całkiem dobrze wyglądającą marynarkę, była skórzana, więc na pewno musiała coś w sobie mieć. Wyjąłem portfel.
-Dwa funty.
-Tak! - Rose była podekscytowana. Powiedziałbym raczej, że oboje byliśmy podekscytowani. Nie chodziło tylko o to, ile pieniędzy w sumie posiadaliśmy, ale ta noc od początku budowała w nas napięcie.
Musieliśmy stłumić emocje, kiedy drzwi nagle się uchyliły. Starszy mężczyzna - to znaczy, nie aż taki stary, ale starszy od nas, przypuszczam, że był jeszcze przed czterdziestką - wodził wzrokiem wokół płaszczy. Zastanawiałem się, czy poczekać, aż sam pójdzie, czy lepiej będzie od razu opuścić to pomieszczenie. Tymczasem facet przyglądał się kurtce, którą trzymałem w dłoniach.
-Chodź Mary, czas wracać. - Zwróciłem się do Rose. Odłożenie kurtki na miejsce byłoby dość podejrzliwe. Byłem gotowy ukraść pieniądze, więc dlaczego nie mógłbym zabrać tej kurtki? Włożyłem portfel, pozbawiony gotówki, do czyjejś kieszeni. Nie mogłem zabrać ze sobą czyjegoś dowodu, by nie ściągać na siebie potencjalnych śladów.
Rose przez chwilę na mnie patrzyła. Wiedziałem, że mężczyzna stojący za mną, również to robił. Obserwował nas podejrzliwie. Wydęła swoją dolną wargę, zastanawiając się przez moment, po czym zrobiła to samo z kurtką, którą trzymała w swoich rękach.
-Hej.. - Usłyszałem głęboki głos za nami. Nie odwróciłem się. Wiedziałem co zamierzał powiedzieć.
-Idź, idź. - Wyszeptałem do Rose, szybko prowadząc ją do wyjścia.
-Stój! To moja kurtka! - jego dłoń prawie mnie uchwyciła, ale zdążyłem przejść przez próg drzwi.
-Biegnij, Rose, biegnij! - Krzyknąłem, uciekając przed facetem. To było dziwne, ale zacząłem się śmiać.
Słyszałem jak za mną wrzeszczy. Biegł za nami, był wściekły, a jego twarz stała się czerwona ze złości.
-To moja kurtka skurwielu!
-No dalej! - Krzyknąłem, śmiejąc się do Rose będącej przy mnie. Wymijałem ludzi, przepraszając i spychając ich sobie z drogi.
Dotarliśmy do drzwi wyjściowych, a wszyscy wokół zaczęli odwracać głowy w naszą stronę. Większość z nich próbowała ocenić sytuację, a inni starali się nas zatrzymać, ale byliśmy szybsi, niż ich proces myślenia. Otworzyliśmy szybko drzwi i opuściliśmy budynek głośno się śmiejąc.
Mój wzrok spotkał się z zielono-niebieskim kolorem oczu Rose.
-Tędy. - Powiedziałem, skręcając w lewo. Nasze kroki uderzały o powierzchnię, poruszając się w tym samym tempie. Ten facet mógł nas gonić w każdym momencie, a ja nie zamierzałem na niego czekać.
Musieliśmy zabrać jeszcze nasze torby.
-Bierz swoje rzeczy. - Powiedziałem, podbiegając do żywopłotu. Podniosłem plecak i zarzuciłem go na ramiona, sprawdzając jak Rose robi to samo.
-Gotowa?
Przytaknęła. Pochyliłem się trochę, by rzucić okiem zza ściany, obserwowałem miejsce, z którego wybiegliśmy.
-W którą stronę uciekli? - Jeden facet mówił do drugiego.
Ten, którego kurtkę zabrałem, patrzył w naszym kierunku. Mrużył oczy, powoli lustrując obszar, kierując wzrok w inną stronę, a ja powoli schylałem się w dół, przygotowując się do ucieczki.
Jego głowa przechyliła się w bok.
-Biegnij! - Powiedziałem do Rose, zanim wyskoczyłem z ukrycia.
-Hej! - Facet krzyknął, kiedy spostrzegł jak uciekamy, ale jego głos szybko ucichał, gdy Rose i ja kierowaliśmy się w przeciwną stronę. - Wracaj tu kutasie!
-Biegnij, Skarbie! - Wykrzyczałem, unosząc głowę do gwiazd. Odwróciła się, miała piękną, roześmianą twarz, na którą spadały nieposkromione włosy.
Mężczyzna znajdował się daleko od nas, był za wolny, a my byliśmy zbyt podekscytowani, by pozwolić, żeby ta perfekcyjna noc nie została zniszczona.
-Zgubiliśmy go. - Na twarzy Rose malował się uśmiech.
Obejrzałem się za nas, upewniając się, że ma rację. Poddał się, kiedy uświadomił sobie, że nie ma pierdolonych szans. Zrozumiałbym, jeśli chodziłoby samochód, albo czyjeś życie, ale to tylko kurtka.
-To było zabawne. - Rose się roześmiała. Boże, ten pierdolony uśmiech. Był taki seksowny.
Nagle moje impulsy przejęły nade mną kontrolę. Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem jak najbliżej siebie.
-Harry, co ty..
Oparłem ją o ceglaną ścianę, zanim zdążyła coś powiedzieć. Jej oddech stał się ciężki, a oczy znacznie rozjaśniały. Uśmiechnęła się złośliwie, myśląc o tym samym co ja. Położyła ręce na mój kark, a moje wargi spotkały jej. Naparłem na nią swoim ciałem i wcisnąłem język do jej ust. Ale to mi nie wystarczyło. Ścisnąłem jej pośladki, na co jęknęła w moje usta.
Kurwa.
-Musimy stąd iść.- Potrzebowałem więcej. Nie mogłem już dłużej czekać.
-Dokąd? - Wplotła palce w moje włosy. Przyciągnęła mnie bliżej, by mnie pocałować, dając mi znak, że pragnie mnie tak bardzo, jak ja jej. Nie mogłem tego kontynuować, jeszcze jeden pocałunek doprowadziłby mnie do obłędu.
-Gdziekolwiek. - Wyszeptałem. Nie mogłem odciągnąć od niej ust. - Mogę cię nawet pieprzyć na ulicy.
Roześmiała się na mój komentarz. Pocałowałem ją jeszcze kilka razy, zanim zdołałem się od niej oderwać.
-Chodź.
Pociągnąłem ją w stronę drogi. Szliśmy szybko. Miasto było teraz niemalże puste, cichsze i pozbawione neonowych świateł. Szukałem jakiegoś opuszczonego miejsca, gdzie moglibyśmy przenocować.
Odwróciłem się w jej stronę i pocałowałem ją delikatnie w czoło.
-Kocham Cię. - Wyszeptała.
Kiedy wymówiła te słowa, swoim czułym, muzykalnym głosem, moje mięśnie napięły się w miejscach, o których nawet nie miałem pojęcia. Poczułem coś, jakby motylki? Czy mężczyźni mogą w ogóle coś takiego czuć?
Nie znałem odpowiedzi, myślę, że nikt nie zna. Po prostu czułem się dobrze.
-Też Cię kocham skarbie. - Powiedziałem. - Nawet jeśli nie potrafisz biegać.
-Ej! - Chciała brzmieć poważnie, ale jej nie wychodziło. - Starałam się utrzymywać twoje tempo. Tak naprawdę to byłam od ciebie szybsza.
-Tak? Jakoś sobie nie przypominam.
-Dobrze, w takim razie, jeśli uważasz, że jesteś szybszy, to spróbuj mnie złapać.
Zerwała się do biegu, zanim zdołałem zrozumieć. Przez cały ten czas,który spędziliśmy w lesie, była szybka, to prawda. Chciałem ją tylko sprowokować.
Potrząsnąłem głową, przygryzając usta, by powstrzymać uśmiech. Moje stopy zaczęły się mimowolnie poruszać, i w końcu wszedłem w tą głupią grę w ganianego. Biegłem szybciej, niż wtedy, gdy uciekaliśmy przed tym palantem, bo teraz to był wyścig. I jeśli Rose jeszcze o tym nie wiedziała, musiałem ją uświadomić w tym, że ja zawsze wygrywam.
Mogłem usłyszeć jak moje stopy uderzają o ziemię, krok po kroku, po chwili byłem już przy niej.
-Ah! - Usłyszałem, kiedy moje dłonie prawie ją złapały. Odwróciła się na sekundę, by sprawdzić jak blisko jestem, po czym przyspieszyła. Byłem wyższy, a moje nogi były dłuższe, w ciągu dziesięciu sekund była już moja. - Nieeee!
Wrzasnęła, kiedy otoczyłem jej ciało ramionami. Trzymałem ją tak blisko mnie, że nie miała szans uciec. Nie potrafiła przyznać się do porażki. Szarpała się i kopała.
-Spokojnie.
-Więc dlaczego oddychasz tak ciężko? - Zapytała.
-Ponieważ biegłem. - Odpowiedziałem. - To taka fajna rzecz, kiedy się biega, a ty..
-Zamknij się. - Warknęła, uderzając mnie w klatkę piersiową. Nie dla zabawy.
-Żart, tylko żartuję. - Zapewniłem, nadal trzymając ją w ramionach.
Przekomarzaliśmy i dokuczaliśmy sobie nawzajem jeszcze przez chwilę. Nadeszła odpowiednia pora, by znaleźć jakieś miejsce na noc.
Znajdowaliśmy się w bardziej wiejskim obszarze tego miasta, albo może to już było inne miasto, nieważne, dla nas było perfekcyjne. Oboje uznaliśmy, że najlepszą decyzją będzie znaleźć jakiś opuszczony budynek. Byliśmy pewni, że to dobre rozwiązanie na dzisiejszą noc.
Budynek, który znaleźliśmy, znajdował się niedaleko lasu - jeśli byłaby potrzeba szybkiego opuszczenia tego miejsca. Ściany się rozpadały, a większość okien była popękana.
Odsunąłem Rose do tyłu, po czym stłukłem szybę, by dostać się do środka. Wszedłem pierwszy, a potem pomogłem Rose wejść przez okno. Chwyciłem ją za biodra i uniosłem, a potem delikatnie postawiłem jej stopy na ziemi.
Wnętrze było trochę zakurzone i całkowicie puste. W pokojach nie było żadnych mebli. Totalne pustkowie.
Zrzuciłem plecak z ramion, klęknąłem szukając pewnego drobiazgu.
-Co robisz? - Zapytała Rose.
Moje palce dotknęły zimnego metalu, broń.
-Zostań tu skarbie, muszę sprawdzić czy jesteśmy tu bezpieczni.
Wyglądała na trochę przestraszoną widząc, co trzymam w dłoniach.
-Nie chcę by jakiś ćpun, albo bezdomny usłyszał, jak cię pieprzę. - Powiedziałem, składając pocałunek na jej policzku. - To by było niezręczne.
Moje słowa wywołały pożądany efekt, zostałem nagrodzony jej uśmiechem.
-Dobrze, tylko się pośpiesz.
-Zaraz wracam. - Obiecałem.
Szedłem przed siebie, skręcając za jedną ze ścian, znikając spod wzroku Rose. Sprawdziłem każdy kąt, ale nikt się tutaj nie ukrywał. Miałem ze sobą broń, chociaż wiedziałem, że jej nie użyję. Potrzebowałem jednak ochrony.
Pomieszczenia były czyste. Nie znalazłem niczego podejrzanego. Postanowiłem wrócić schodami na dół do Rose.
Szeroki uśmiech uformował się na moich ustach, kiedy tylko ją zobaczyłem.
Wyjęła prześcieradło, złożyła je na pół, i ułożyła nam miejsce do spania. To samo zrobiła z kocem, który zabraliśmy z motelu.
Nie zauważając mnie podeszła do okna. Jej twarz była zaciekawiona, kiedy wpatrywała się w gwiazdy. Wyglądała pięknie w blasku księżyca, wpadającym do środka przez szybę, a ja wprost nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek może wyglądać tak zjawiskowo.
W innym miejscu, w innym czasie, mogłaby być dziewczyną, do której powracałbym myślami o czwartej nad ranem, kiedy cały świat jeszcze śpi. Żyłbym tylko dla chwil, w których mógłbym patrzeć na jej uśmiech, oczy i usta. Pytałbym ją o każdą grę, rozmawiał z nią każdej nocy i robił dosłownie wszystko, by ze mną została. Jednego mogłem być pewien, kochałem ją.
Odwróciła się od okna, a lekki wyraz zakłopotania wkradł się na jej twarz.
-Ej, jak długo tu stoisz? - Zapytała mnie, jakby oskarżając o jakąś zbrodnię.
-Mniej niż minutę.
Podszedłem do niej. Położyłem ręce na jej talii, przyciskając ją mocno do siebie. Nie mogłem powstrzymać się od pocałowania jej. Wplątała dłonie w moje włosy, ciągnąc je lekko, tak jak lubię. Przygryzłem zębami jej dolną wargę. Przeniosła swoją rękę na moją szyję i przycisnęła usta mocniej do moich.
Podniosłem ją tak, by mogła owinąć nogi wokół mnie. Moje dłonie ściskały jej tyłek, kiedy przenosiłem ją na nasze prowizoryczne łóżko.
Obejmowała mnie, a jej napuchnięte, czerwone usta, niedbale i erotycznie całowały skórę na mojej szyi. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie.
-Nie możemy zostać w tej pozycji zbyt długo. - Opuściłem ją, by mogła postawić stopy na ziemi.
Zachichotała lekko, ale moje usta przywarły do jej, zanim zdążyła odpowiedzieć. Nasze języki współgrały razem, jej palce w moich włosach. Czułem na sobie kształt jej ciała. Ale chciałem więcej. Musiałem ją poczuć. Moje usta przeniosły się na jej szczękę, dotykając jej delikatnej skóry.
-To było niesamowite. - Rose westchnęła.
-Pocałunek? - Wyszeptałem powracając do jej skóry.
-Dzisiejsza noc. - Wypuściła z siebie wstrzymywane powietrze. - Wszystko.
-Tak. - Przyznałem jej rację. Jej palce ciągnęły za moje włosy, a ja pojękiwałem. - Dziękuję ci za to.
-Nie ma sprawy. - Odpowiedziała, uśmiechając się i dysząc. - Byłam zaskoczona, że wytrzymałeś tam tyle czasu.
-Wytrzymałem. - Odpowiadałem pomiędzy pocałunkami. - Ale głównie zrobiłem to po to, by później zaciągać cię do łóżka, jak dotąd nieźle mi idzie.
Znajdowałem się przy jej obojczyku, liżąc go i całując. Wydawała z siebie ciche jęki.
-Zamknij się. - Powiedziała, naturalność jej słów, była przeciwstawna do reakcji jej ciała.
-Wiem, że to kochasz. Chciałeś tańczyć bardziej niż ja.
Roześmiałem się.
-Myślę, że jesteś lepszy w tańcu, niż w tym. - Próbowała zażartować. Potrząsnąłem głową. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Bez względu na to, gdzie się znajdowaliśmy, sprawiała, że czułem się najlepiej.
-Wyjdź za mnie. - Wyszeptałem.
Rose pociągnęła moje włosy, odchylając moją głowę, bym mógł spojrzeć w jej oczy.
-Co? - Zapytała, a jej oczy rozszerzyły się.
-Nie teraz, ale za kilka lat. Kiedy stąd uciekniemy i będziemy sami, trzymając się za ręce na plaży, chlapiąc się wodą, drażniąc się nawzajem i rozmawiając. Chcę być z tobą do końca mojego życia.
Nie potrafiłem skupić się na doborze słów, była taka rozpraszająca.
-Tylko ty i ja? - Zapytała.
Przytaknąłem.
-Bez gliniarzy, uciekania, ukrywania się. Tylko ty i ja, kochanie.
-Nie tylko na tę jedną noc?
-Nie tylko na tę noc. Jutro, następny miesiąc, kolejne dwadzieścia lat. Czuję to. Uświadomiłem sobie to, od dnia, kiedy cię poznałem.
Jej usta mnie rozpraszały, ale nie tak bardzo, jak łza spływająca, powoli po jej policzku.
-Poczynię ten zaszczyt. - Powiedziała teatralnie.
Mój uśmiech znacznie się powiększył.
Lustrowała mnie wzrokiem, kiedy stałem przed nią. Szarpnęła moją koszulkę, ściągając ją ze mnie. Rzuciłem ją na podłogę, a moje palce powędrowały do guzika spodni.
-Harry. - Rose zaczęła, siadając. - Pozwól mi to zrobić.
-Chcesz ściągnąć ze mnie ubrania? - Zapytałem.
Spojrzała głęboko w moje oczy, zanim następne słowa opuściły jej usta.
-Chcę zrobić coś więcej.
Hejka :)
Jak wam się podoba nowy wygląd bloga? I najważniejsze: jak oceniacie nowy szablon? Dodam, że wykonał go mój chłopak, za co bardzo bardzo mu dziękuję <3
A co do rozdziału to alkjfnskdhbibd cljsn zakochałam się <3
Czułem pustkę. Kompletną, siejącą spustoszenie w moim ciele, pustkę. Całe moje ciało było wyssane z emocji i pozbawione kolorów. Na mojej skórze pojawiały się wilgotne krople, spływały po mnie, zmywając wirujące wokół myśli. Miałem wrażenie, że przeniosłem się na pustynię. Powierzchnia mojej skóry była popękana, a w gardle mogłem poczuć tylko suchość. Całe to kościste ciało ledwo trzymało się na nogach, byłem odwodniony, a pragnienie doprowadzało mnie do obłędu.
Ale wtedy dostrzegłem, że chmury, nade mną, robią się ciemniejsze. Spojrzałem w górę, mrużąc swoje oczy. Poczułem kroplę.
To był deszcz. Zbierało się na burzę. Chmury rozciągnęły się na całym niebie, rozprzestrzeniając wszędzie ciemność, pozwalając tylko niektórym, słabym promieniom słońca przebić się przez swoją ciemną powłokę. Krople chłodzącej wody spadały z góry, zatrzymując się na mojej twarzy. Uzdrawiały płonące ciało. Przechyliłem do tyłu szyję i otworzyłem usta. Deszcz dotykał mojego języka, spływając pomału po pieczącym gardle, jednocześnie tłumiąc uczucie suchości. Zaśmiałem się głośno, w pustą przestrzeń. W końcu poczułem się żywy.
Tak właśnie wyglądały moje uczucia do Rose.
Sposób w jaki ją kochałem i w jaki ona kochała mnie, był nie do opisania. Znaliśmy się zaledwie kilka miesięcy, które okazały się być najlepszym okresem w całym moim, pieprzonym życiu. To było piękniejsze, niż można sobie wyobrazić. Nie wiem, może to zasługa tej nocy, albo tego miejsca, wiem tylko, że przy niej czuję się kurewsko szczęśliwy. Wiem, że teraz brzmię jak totalna pizda, kiedy te wyznania o miłości uciekają prosto z mojej głowy, ale nie mogę ich zatrzymać. By uratować resztki swojej męskości, zaczynam myśleć o tym, jak zrywam z niej ubrania i kładę ją przed sobą.
Nie miałem siły, by kontrolować swoje myśli, oglądając jak obraca się dookoła mnie, w tych swoich, ciasnych jeansach i krótkiej koszulce.
Tańczyliśmy jeszcze przez kilka utworów, zanim uświadomiłem sobie, że możemy dobrze wykorzystać ten zafascynowany zabawą tłum.
Delikatnie oparła się o moją klatkę piersiową, kiedy kolejna, wolna piosenka właśnie się skończyła. Uśmiechnąłem się i pozwoliłem jej tak zostać na chwilę, po czym przybliżyłem swoje usta do jej ucha.
-Rose. - Wyszeptałem.
Podniosła głowę, by na mnie spojrzeć, a ja kiwnąłem głową w kierunku wyjścia.
-Chyba powinniśmy się zbierać.
-Chyba. - Odpowiedziała. Wyraz jej twarzy mówił mi, że wiedziała, jakie były moje intencje.
Odwróciłem się w kierunku dziesiątek stołów i zacząłem iść przed siebie, z Rose podążającą tuż za mną.
-Do szatni. - Powiedziałem do siebie.
-Co? - Rose, zapytała, truchtając bliżej mnie.
-Ktoś na pewno zostawił portfel w swoim płaszczu. - Ściszyłem ton swojego głosu.
-Myślisz, że są tam jakieś płaszcze? - Zdziwiła się. -Nie widziałam żadnych, kiedy przechodziliśmy obok.
-Są. - Stwierdziłem, odwracając głowę w poszukiwaniu wejścia. Znalazłem. Małe drzwi po prawej stronie.
-Czekaj. - Usłyszałem Rose, zanim poszedłem dalej. Odwróciłem się do niej, zatrzymując się przy niepilnowanym stoliku. Uniosłem brwi, oczekując na odpowiedź, ale nie zauważyła tego. Wzięła talerz z jedzeniem siadając obok.
Zachłannymi ruchami wpychała kilka frytek do ust. Spojrzałem w prawo i w lewo, wszyscy skupiali uwagę na swoim partnerze. Wziąłem widelec i wbiłem go w kawałek kurczaka. Mogliśmy wziąć dosłownie każdy posiłek z tych stolików, nikt by się nawet nie zorientował.
-Dobrze, przepraszam. - Powiedziała, przepraszając samą siebie i zapewniając, że tak nie można.
-Chodź. - Uśmiechnąłem się z ustami pełnymi jedzenia.
Ruszyliśmy w stronę szatni, przepychając się przez tłum ludzi. Popchnąłem drzwi i znaleźliśmy się w długim, wąskim pomieszczeniu, w którym znajdowało się mnóstwo wieszaków, z mnóstwem zimowych kurtek.
Nie byliśmy sami, to było pewne. W innym przedziale znajdował się mężczyzna. Postanowiłem robić to samo, co on. Udawałem, że czegoś szukam. Rose podążała za mną i przeszukiwała wieszaki. Facet znalazł to, czego szukał, szarpnął płaszcz z wieszaka i wyszedł tam, skąd przyszliśmy.
Poczekałem, aż drzwi się całkowicie zamkną.
-Sprawdzaj szybko, zanim ktokolwiek tu przyjdzie. Portfele, gotówka, wszystko co tylko znajdziesz.
Rose przytaknęła i zaczęła przeszukiwać rzeczy. Grzebałem w kieszeniach, ale znajdowałem tylko klucze, albo jakieś drobne. Dopiero przy czwartym płaszczu, w końcu natrafiłem na portfel.
-Cztery funty! - Rose krzyknęła, zanim miałem szansę go otworzyć.
-Naprawdę? - Spytałem, patrząc jak chowa pieniądze do swojej tylnej kieszeni spodni. - Idealnie, Skarbie, szukaj dalej.
Spojrzałem do "mojego'' portfela.
-Jeden funt i pięćdziesiąt pensów. - Powiedziałem na głos i szybko odłożyłem go na miejsce.
-Nic. - Usłyszałem po chwili Rose, szperającą pośród kurtek. Nagle spostrzegłem całkiem dobrze wyglądającą marynarkę, była skórzana, więc na pewno musiała coś w sobie mieć. Wyjąłem portfel.
-Dwa funty.
-Tak! - Rose była podekscytowana. Powiedziałbym raczej, że oboje byliśmy podekscytowani. Nie chodziło tylko o to, ile pieniędzy w sumie posiadaliśmy, ale ta noc od początku budowała w nas napięcie.
Musieliśmy stłumić emocje, kiedy drzwi nagle się uchyliły. Starszy mężczyzna - to znaczy, nie aż taki stary, ale starszy od nas, przypuszczam, że był jeszcze przed czterdziestką - wodził wzrokiem wokół płaszczy. Zastanawiałem się, czy poczekać, aż sam pójdzie, czy lepiej będzie od razu opuścić to pomieszczenie. Tymczasem facet przyglądał się kurtce, którą trzymałem w dłoniach.
-Chodź Mary, czas wracać. - Zwróciłem się do Rose. Odłożenie kurtki na miejsce byłoby dość podejrzliwe. Byłem gotowy ukraść pieniądze, więc dlaczego nie mógłbym zabrać tej kurtki? Włożyłem portfel, pozbawiony gotówki, do czyjejś kieszeni. Nie mogłem zabrać ze sobą czyjegoś dowodu, by nie ściągać na siebie potencjalnych śladów.
Rose przez chwilę na mnie patrzyła. Wiedziałem, że mężczyzna stojący za mną, również to robił. Obserwował nas podejrzliwie. Wydęła swoją dolną wargę, zastanawiając się przez moment, po czym zrobiła to samo z kurtką, którą trzymała w swoich rękach.
-Hej.. - Usłyszałem głęboki głos za nami. Nie odwróciłem się. Wiedziałem co zamierzał powiedzieć.
-Idź, idź. - Wyszeptałem do Rose, szybko prowadząc ją do wyjścia.
-Stój! To moja kurtka! - jego dłoń prawie mnie uchwyciła, ale zdążyłem przejść przez próg drzwi.
-Biegnij, Rose, biegnij! - Krzyknąłem, uciekając przed facetem. To było dziwne, ale zacząłem się śmiać.
Słyszałem jak za mną wrzeszczy. Biegł za nami, był wściekły, a jego twarz stała się czerwona ze złości.
-To moja kurtka skurwielu!
-No dalej! - Krzyknąłem, śmiejąc się do Rose będącej przy mnie. Wymijałem ludzi, przepraszając i spychając ich sobie z drogi.
Dotarliśmy do drzwi wyjściowych, a wszyscy wokół zaczęli odwracać głowy w naszą stronę. Większość z nich próbowała ocenić sytuację, a inni starali się nas zatrzymać, ale byliśmy szybsi, niż ich proces myślenia. Otworzyliśmy szybko drzwi i opuściliśmy budynek głośno się śmiejąc.
Mój wzrok spotkał się z zielono-niebieskim kolorem oczu Rose.
-Tędy. - Powiedziałem, skręcając w lewo. Nasze kroki uderzały o powierzchnię, poruszając się w tym samym tempie. Ten facet mógł nas gonić w każdym momencie, a ja nie zamierzałem na niego czekać.
Musieliśmy zabrać jeszcze nasze torby.
-Bierz swoje rzeczy. - Powiedziałem, podbiegając do żywopłotu. Podniosłem plecak i zarzuciłem go na ramiona, sprawdzając jak Rose robi to samo.
-Gotowa?
Przytaknęła. Pochyliłem się trochę, by rzucić okiem zza ściany, obserwowałem miejsce, z którego wybiegliśmy.
-W którą stronę uciekli? - Jeden facet mówił do drugiego.
Ten, którego kurtkę zabrałem, patrzył w naszym kierunku. Mrużył oczy, powoli lustrując obszar, kierując wzrok w inną stronę, a ja powoli schylałem się w dół, przygotowując się do ucieczki.
Jego głowa przechyliła się w bok.
-Biegnij! - Powiedziałem do Rose, zanim wyskoczyłem z ukrycia.
-Hej! - Facet krzyknął, kiedy spostrzegł jak uciekamy, ale jego głos szybko ucichał, gdy Rose i ja kierowaliśmy się w przeciwną stronę. - Wracaj tu kutasie!
-Biegnij, Skarbie! - Wykrzyczałem, unosząc głowę do gwiazd. Odwróciła się, miała piękną, roześmianą twarz, na którą spadały nieposkromione włosy.
Mężczyzna znajdował się daleko od nas, był za wolny, a my byliśmy zbyt podekscytowani, by pozwolić, żeby ta perfekcyjna noc nie została zniszczona.
-Zgubiliśmy go. - Na twarzy Rose malował się uśmiech.
Obejrzałem się za nas, upewniając się, że ma rację. Poddał się, kiedy uświadomił sobie, że nie ma pierdolonych szans. Zrozumiałbym, jeśli chodziłoby samochód, albo czyjeś życie, ale to tylko kurtka.
-To było zabawne. - Rose się roześmiała. Boże, ten pierdolony uśmiech. Był taki seksowny.
Nagle moje impulsy przejęły nade mną kontrolę. Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem jak najbliżej siebie.
-Harry, co ty..
Oparłem ją o ceglaną ścianę, zanim zdążyła coś powiedzieć. Jej oddech stał się ciężki, a oczy znacznie rozjaśniały. Uśmiechnęła się złośliwie, myśląc o tym samym co ja. Położyła ręce na mój kark, a moje wargi spotkały jej. Naparłem na nią swoim ciałem i wcisnąłem język do jej ust. Ale to mi nie wystarczyło. Ścisnąłem jej pośladki, na co jęknęła w moje usta.
Kurwa.
-Musimy stąd iść.- Potrzebowałem więcej. Nie mogłem już dłużej czekać.
-Dokąd? - Wplotła palce w moje włosy. Przyciągnęła mnie bliżej, by mnie pocałować, dając mi znak, że pragnie mnie tak bardzo, jak ja jej. Nie mogłem tego kontynuować, jeszcze jeden pocałunek doprowadziłby mnie do obłędu.
-Gdziekolwiek. - Wyszeptałem. Nie mogłem odciągnąć od niej ust. - Mogę cię nawet pieprzyć na ulicy.
Roześmiała się na mój komentarz. Pocałowałem ją jeszcze kilka razy, zanim zdołałem się od niej oderwać.
-Chodź.
Pociągnąłem ją w stronę drogi. Szliśmy szybko. Miasto było teraz niemalże puste, cichsze i pozbawione neonowych świateł. Szukałem jakiegoś opuszczonego miejsca, gdzie moglibyśmy przenocować.
Odwróciłem się w jej stronę i pocałowałem ją delikatnie w czoło.
-Kocham Cię. - Wyszeptała.
Kiedy wymówiła te słowa, swoim czułym, muzykalnym głosem, moje mięśnie napięły się w miejscach, o których nawet nie miałem pojęcia. Poczułem coś, jakby motylki? Czy mężczyźni mogą w ogóle coś takiego czuć?
Nie znałem odpowiedzi, myślę, że nikt nie zna. Po prostu czułem się dobrze.
-Też Cię kocham skarbie. - Powiedziałem. - Nawet jeśli nie potrafisz biegać.
-Ej! - Chciała brzmieć poważnie, ale jej nie wychodziło. - Starałam się utrzymywać twoje tempo. Tak naprawdę to byłam od ciebie szybsza.
-Tak? Jakoś sobie nie przypominam.
-Dobrze, w takim razie, jeśli uważasz, że jesteś szybszy, to spróbuj mnie złapać.
Zerwała się do biegu, zanim zdołałem zrozumieć. Przez cały ten czas,który spędziliśmy w lesie, była szybka, to prawda. Chciałem ją tylko sprowokować.
Potrząsnąłem głową, przygryzając usta, by powstrzymać uśmiech. Moje stopy zaczęły się mimowolnie poruszać, i w końcu wszedłem w tą głupią grę w ganianego. Biegłem szybciej, niż wtedy, gdy uciekaliśmy przed tym palantem, bo teraz to był wyścig. I jeśli Rose jeszcze o tym nie wiedziała, musiałem ją uświadomić w tym, że ja zawsze wygrywam.
Mogłem usłyszeć jak moje stopy uderzają o ziemię, krok po kroku, po chwili byłem już przy niej.
-Ah! - Usłyszałem, kiedy moje dłonie prawie ją złapały. Odwróciła się na sekundę, by sprawdzić jak blisko jestem, po czym przyspieszyła. Byłem wyższy, a moje nogi były dłuższe, w ciągu dziesięciu sekund była już moja. - Nieeee!
Wrzasnęła, kiedy otoczyłem jej ciało ramionami. Trzymałem ją tak blisko mnie, że nie miała szans uciec. Nie potrafiła przyznać się do porażki. Szarpała się i kopała.
-Spokojnie.
-Więc dlaczego oddychasz tak ciężko? - Zapytała.
-Ponieważ biegłem. - Odpowiedziałem. - To taka fajna rzecz, kiedy się biega, a ty..
-Zamknij się. - Warknęła, uderzając mnie w klatkę piersiową. Nie dla zabawy.
-Żart, tylko żartuję. - Zapewniłem, nadal trzymając ją w ramionach.
Przekomarzaliśmy i dokuczaliśmy sobie nawzajem jeszcze przez chwilę. Nadeszła odpowiednia pora, by znaleźć jakieś miejsce na noc.
Znajdowaliśmy się w bardziej wiejskim obszarze tego miasta, albo może to już było inne miasto, nieważne, dla nas było perfekcyjne. Oboje uznaliśmy, że najlepszą decyzją będzie znaleźć jakiś opuszczony budynek. Byliśmy pewni, że to dobre rozwiązanie na dzisiejszą noc.
Budynek, który znaleźliśmy, znajdował się niedaleko lasu - jeśli byłaby potrzeba szybkiego opuszczenia tego miejsca. Ściany się rozpadały, a większość okien była popękana.
Odsunąłem Rose do tyłu, po czym stłukłem szybę, by dostać się do środka. Wszedłem pierwszy, a potem pomogłem Rose wejść przez okno. Chwyciłem ją za biodra i uniosłem, a potem delikatnie postawiłem jej stopy na ziemi.
Wnętrze było trochę zakurzone i całkowicie puste. W pokojach nie było żadnych mebli. Totalne pustkowie.
Zrzuciłem plecak z ramion, klęknąłem szukając pewnego drobiazgu.
-Co robisz? - Zapytała Rose.
Moje palce dotknęły zimnego metalu, broń.
-Zostań tu skarbie, muszę sprawdzić czy jesteśmy tu bezpieczni.
Wyglądała na trochę przestraszoną widząc, co trzymam w dłoniach.
-Nie chcę by jakiś ćpun, albo bezdomny usłyszał, jak cię pieprzę. - Powiedziałem, składając pocałunek na jej policzku. - To by było niezręczne.
Moje słowa wywołały pożądany efekt, zostałem nagrodzony jej uśmiechem.
-Dobrze, tylko się pośpiesz.
-Zaraz wracam. - Obiecałem.
Szedłem przed siebie, skręcając za jedną ze ścian, znikając spod wzroku Rose. Sprawdziłem każdy kąt, ale nikt się tutaj nie ukrywał. Miałem ze sobą broń, chociaż wiedziałem, że jej nie użyję. Potrzebowałem jednak ochrony.
Pomieszczenia były czyste. Nie znalazłem niczego podejrzanego. Postanowiłem wrócić schodami na dół do Rose.
Szeroki uśmiech uformował się na moich ustach, kiedy tylko ją zobaczyłem.
Wyjęła prześcieradło, złożyła je na pół, i ułożyła nam miejsce do spania. To samo zrobiła z kocem, który zabraliśmy z motelu.
Nie zauważając mnie podeszła do okna. Jej twarz była zaciekawiona, kiedy wpatrywała się w gwiazdy. Wyglądała pięknie w blasku księżyca, wpadającym do środka przez szybę, a ja wprost nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek może wyglądać tak zjawiskowo.
W innym miejscu, w innym czasie, mogłaby być dziewczyną, do której powracałbym myślami o czwartej nad ranem, kiedy cały świat jeszcze śpi. Żyłbym tylko dla chwil, w których mógłbym patrzeć na jej uśmiech, oczy i usta. Pytałbym ją o każdą grę, rozmawiał z nią każdej nocy i robił dosłownie wszystko, by ze mną została. Jednego mogłem być pewien, kochałem ją.
Odwróciła się od okna, a lekki wyraz zakłopotania wkradł się na jej twarz.
-Ej, jak długo tu stoisz? - Zapytała mnie, jakby oskarżając o jakąś zbrodnię.
-Mniej niż minutę.
Podszedłem do niej. Położyłem ręce na jej talii, przyciskając ją mocno do siebie. Nie mogłem powstrzymać się od pocałowania jej. Wplątała dłonie w moje włosy, ciągnąc je lekko, tak jak lubię. Przygryzłem zębami jej dolną wargę. Przeniosła swoją rękę na moją szyję i przycisnęła usta mocniej do moich.
Podniosłem ją tak, by mogła owinąć nogi wokół mnie. Moje dłonie ściskały jej tyłek, kiedy przenosiłem ją na nasze prowizoryczne łóżko.
Obejmowała mnie, a jej napuchnięte, czerwone usta, niedbale i erotycznie całowały skórę na mojej szyi. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie.
-Nie możemy zostać w tej pozycji zbyt długo. - Opuściłem ją, by mogła postawić stopy na ziemi.
Zachichotała lekko, ale moje usta przywarły do jej, zanim zdążyła odpowiedzieć. Nasze języki współgrały razem, jej palce w moich włosach. Czułem na sobie kształt jej ciała. Ale chciałem więcej. Musiałem ją poczuć. Moje usta przeniosły się na jej szczękę, dotykając jej delikatnej skóry.
-To było niesamowite. - Rose westchnęła.
-Pocałunek? - Wyszeptałem powracając do jej skóry.
-Dzisiejsza noc. - Wypuściła z siebie wstrzymywane powietrze. - Wszystko.
-Tak. - Przyznałem jej rację. Jej palce ciągnęły za moje włosy, a ja pojękiwałem. - Dziękuję ci za to.
-Nie ma sprawy. - Odpowiedziała, uśmiechając się i dysząc. - Byłam zaskoczona, że wytrzymałeś tam tyle czasu.
-Wytrzymałem. - Odpowiadałem pomiędzy pocałunkami. - Ale głównie zrobiłem to po to, by później zaciągać cię do łóżka, jak dotąd nieźle mi idzie.
Znajdowałem się przy jej obojczyku, liżąc go i całując. Wydawała z siebie ciche jęki.
-Zamknij się. - Powiedziała, naturalność jej słów, była przeciwstawna do reakcji jej ciała.
-Wiem, że to kochasz. Chciałeś tańczyć bardziej niż ja.
Roześmiałem się.
-Myślę, że jesteś lepszy w tańcu, niż w tym. - Próbowała zażartować. Potrząsnąłem głową. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Bez względu na to, gdzie się znajdowaliśmy, sprawiała, że czułem się najlepiej.
-Wyjdź za mnie. - Wyszeptałem.
Rose pociągnęła moje włosy, odchylając moją głowę, bym mógł spojrzeć w jej oczy.
-Co? - Zapytała, a jej oczy rozszerzyły się.
-Nie teraz, ale za kilka lat. Kiedy stąd uciekniemy i będziemy sami, trzymając się za ręce na plaży, chlapiąc się wodą, drażniąc się nawzajem i rozmawiając. Chcę być z tobą do końca mojego życia.
Nie potrafiłem skupić się na doborze słów, była taka rozpraszająca.
-Tylko ty i ja? - Zapytała.
Przytaknąłem.
-Bez gliniarzy, uciekania, ukrywania się. Tylko ty i ja, kochanie.
-Nie tylko na tę jedną noc?
-Nie tylko na tę noc. Jutro, następny miesiąc, kolejne dwadzieścia lat. Czuję to. Uświadomiłem sobie to, od dnia, kiedy cię poznałem.
Jej usta mnie rozpraszały, ale nie tak bardzo, jak łza spływająca, powoli po jej policzku.
-Poczynię ten zaszczyt. - Powiedziała teatralnie.
Mój uśmiech znacznie się powiększył.
Lustrowała mnie wzrokiem, kiedy stałem przed nią. Szarpnęła moją koszulkę, ściągając ją ze mnie. Rzuciłem ją na podłogę, a moje palce powędrowały do guzika spodni.
-Harry. - Rose zaczęła, siadając. - Pozwól mi to zrobić.
-Chcesz ściągnąć ze mnie ubrania? - Zapytałem.
Spojrzała głęboko w moje oczy, zanim następne słowa opuściły jej usta.
-Chcę zrobić coś więcej.
Hejka :)
Jak wam się podoba nowy wygląd bloga? I najważniejsze: jak oceniacie nowy szablon? Dodam, że wykonał go mój chłopak, za co bardzo bardzo mu dziękuję <3
A co do rozdziału to alkjfnskdhbibd cljsn zakochałam się <3
sobota, 26 września 2015
ROZDZIAŁ 13 CZ. 2
Harry i ja byliśmy gotowi. Robiliśmy to w gorączkowym pośpiechu. Mieliśmy nadzieję, że skończymy, zanim ktokolwiek będzie chciał skorzystać z łazienki.
Zamoczyłam ręce w wodzie, zmierzwiłam mokrymi dłoniami moje włosy, aby nadać im więcej objętości. Użyłam palców by wygładzić linię moich brwi, zwilżyłam usta, i włożyłam w spodnie moją koszulkę, co poprawiło nieco mój wygląd. Podeszłam do mojej torby, grzebiąc w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, kiedy Harry stał przed lustrem.
Związywał właśnie swoje włosy opaską z kawałka materiału. Nigdy nie widziałam żeby tak robił. I chociaż kochałam jego opadające na twarz loki, w takiej fryzurze wyglądał niebiańsko. Znalazłam w torbie zbożowy batonik. Nie przypuszczałam nawet, że jestem aż taka głodna, dopóki mój baton nie zniknął z dłoni w przeciągu kilku sekund.
-Skończyłem. -Harry powiedział sam do siebie.
Byłam zbyt zajęta sobą i jedzeniem, ale kiedy się odwróciłam, moje oczy szeroko się otwarły. Szczęka mi opadła i przeszył mnie przyjemny dreszcz.
Harry stał za mną, a ja dziękowałam w duchu za to, że mnie nie widział. Zamurowało mnie, Harry wyglądał jak jakiś celebryta. Miał na sobie biały podkoszulek, który mocno przylegał do jego klatki piersiowej. Podwinął nogawki swoich ciasnych spodni, nadając im więcej stylu. To wszystko sprawiało, że nie mogłam przestać się na niego gapić. Zapalił papierosa i hipnotyzująco się nim zaciągnął, wypuszczając po chwili ogromną smugę dymu.
-Święty Boże.. Wyglądasz gorąco. -To wszystko co mogłam z siebie wydusić.
Harry zaśmiał się ukazując swoje lśniące zęby i dołeczki w policzkach. Nagle uświadomiłam sobie, że ten człowiek należy tylko do mnie. Poczułam się przytłoczona, jakby spadły na mnie tony cegieł.
-Ty też. -Powiedział, nie powstrzymując swojego uśmiechu.
-Jesteś gotowa, skarbie?
-Tak, tak. -Odparłam, pozbywając się myśli o Harry'm. -Jeszcze tylko jedna rzecz.
Moje włosy wyglądały teraz na bardziej uniesione, podeszłam do lustra i postanowiłam związać je w kucyka. Wyglądały o niebo lepiej.
Pomimo tego, że mieliśmy na sobie zwyczajne koszulki, dżinsy i kurtki, miałam nadzieję, że wyglądamy choć trochę przyzwoicie, nadal mając na ramionach nasze torby. Opuściliśmy budynek tak szybko i dyskretnie jak tylko było to możliwe.
Noc była cholernie zimna, kiedy szliśmy z Harry'm trzymając się za ręce. Zaczęłam rozmyślać nad tym jakby to było, gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach. Jako normalni ludzie, bez ekstremalnych przeżyć. Moglibyśmy chodzić na takie randki przez cały czas. Wychodzić do restauracji, oglądać mecze i podróżować bez żadnych problemów. Ale kto wie, może kiedyś zaznamy takiego życia. Kiedyś.
Przypomniało mi się kiedy ostatni raz byłam na randce. To nie było to samo, poszliśmy wtedy w nocy do wesołego miasteczka z..
Wzdrygnęłam się, przypominając sobie jego zakrwawione ciało. Chciałam zapomnieć o tamtej nocy raz na zawsze. Niestety to wspomnienie nigdy mnie nie opuszczało.
-Jest ci zimno? -Pytanie Harry'ego przywróciło mnie do rzeczywistości.
Rozłączył nasze dłonie, by objąć mnie swoimi ramionami.
-Trochę. -Odparłam, pozwalając mu uwierzyć w to, że to był powód, przez który przeszedł mnie dreszcz.
-Myślę, że możemy pójść tam, wygląda dosyć tłoczno. -Wskazałam na większy budynek znajdujący się niedaleko. Zbierało się przy nim mnóstwo młodych ludzi.
-Ale pewnie jest tam drogo, nie chcemy przecież tak szybko wydać naszych pieniędzy.
-No tak, racja. Zapomniałam o tym, że mamy ważniejsze wydatki. -Powiedziałam przepraszająco.
-W porządku. Nie martw się tym, kochanie. -Cmoknął mnie w skroń.
Chciałam go pocałować, ale coś zwróciło moją uwagę.
-Słyszałeś to? -Zapytałam. To był słaby, stłumiony brzęk. Dochodził zza ściany budynku.
Dźwięk przyjemnej melodii jazzu.
-Tak. -Powiedział, uśmiechając się i wsłuchując. To definitywnie był klub taneczny. Wyłonił się z ciemności, oświetlając nam wejście.
-Czekaj. -Harry powiedział, pociągając mnie wzdłuż licznych, ułożonych w perfekcyjną linę budynków. Ostatni z nich był naszym klubem. Krzewy ozdabiały ścieżkę do głównego wejścia. Harry zsunął z ramion plecak i rozejrzał się wokół, upewniając się, że nikt nas nie widzi i dyskretnie schował torbę pomiędzy krzewami. Uważnie go obserwowałam i po chwili zrobiłam to samo co on. W ciemności alejka wyglądała na wąską i z pewnością nikt przechodzący nie zauważy ukrytych bagaży.
Zbliżaliśmy się do dudniącej muzyki. W pobliżu stało niewielu ludzi, ubranych w ciepłe płaszcze , czapki i rękawiczki. Wszyscy czekali na wejście do środka.
Ustaliśmy w kolejce. Dłużyła się zygzakiem, aż do wejścia. Każdy wokół wydawał się mieć po dwadzieścia lat, przynajmniej na tyle wyglądali. Mimo tego, że znajdowaliśmy się na przedmieściach Londynu, gromadziły się tu dziesiątki ludzi. Przeczuwałam, że będziemy się tu świetnie bawić.
Ale mimo wszystko byłam trochę przestraszona przebywając wśród tylu ludzi. Zamknęłam usta skupiając się na tym, że jesteśmy coraz bliżej wejścia. Czułam coraz większe napięcie, które zniknęło w momencie, gdy spotkaliśmy mężczyznę sprzedającego bilety.
-Dla was obojga? -Zapytał.
-Tak, poproszę. -Odpowiedział Harry.
Facet zanotował coś w swoim zeszycie.
-Dwa funty.
Harry wyjął pieniądze z kieszeni i zapłacił. Mężczyzna przytaknął dając nam pozwolenie na wejście, otwierając jednocześnie drzwi.
Jesteśmy w środku.
Nasze spojrzenia były pełne podziwu. Pomieszczenie było duże i obszerne, największą przestrzeń wypełniał olbrzymi, drewniany parkiet. Znajdowały się tam stoliki na drinki i jedzenie, obok był bar, a za nim prawdopodobnie kuchnia, nie mogłam jej zobaczyć, gdyż znajdowała się za ścianą. Z drugiej strony była mała scena, na której zespół grał szybkie, radosne piosenki. Dźwięk trąbek, saksofonów i perkusji nadawały mocnego rytmu. Ludzie śmiali się, rozmawiali, jedli i tańczyli. Nie czułam się teraz niekomfortowo czy coś z tych rzeczy. Ludzie byli zajęci sobą i nikt nie zwracał na nas uwagi, dzięki temu moje obawy zniknęły. Nikt nawet nie przypuszczał, że w tym miejscu, właśnie teraz znajdują się uciekinierzy z Wickendale.
Dopiero teraz poczułam, że tutaj jestem. To była zupełnie inna energia, niż ta z koszmarnej instytucji, czy lasu i to nadawało mojemu sercu szybszego tempa.
Nagle Harry złapał mnie za ręce i położył je na swojej klatce piersiowej. Słyszałam tylko kroki tańczących wokół mnie osób i dźwięk huczącej jazzowej piosenki.
-Zechce pani ze mną zatańczyć? -Zapytał, z trudem powstrzymując uśmiech.
Przytaknęłam, szeroko się uśmiechając. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał na mnie trzymając swoją dolną wargę pomiędzy zębami. Po czym porwał mnie do tańca.
Byliśmy spokojni, swobodnie poruszając się razem wśród tylu ludzi. Stali się naszym kamuflażem. W prawdzie, wszyscy byli ubrani ładniej niż my, ale kogo to tak właściwie obchodziło? Nie martwiłam się tym, po prostu tańczyłam z Harry'm.
Dałam się ponieść. Czułam się niesamowicie i miałam nadzieję, że Harry też się tak czuł. Ruszałam swoim ciałem w rytm muzyki, kołysałam się w tył i w przód. Nagle Harry się zatrzymał, jakby niepewny tego, co ma robić.
Jego usta rozciągnęły się w szeroką linię, uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie bliżej. Złapał mnie w pasie i obniżył moje ciało w dół, a potem w górę. Podniósł moją rękę tak, bym mogła okręcić się pod jego ramieniem. Wydałam z siebie piszczący okrzyk, nie spodziewałam się, że potrafi tak świetnie tańczyć. Zaśmiał się, osuwając swoją dłoń na moją talię. Przybliżyłam się do jego klatki piersiowej, odchylając się w tył i w przód. Nie mogłam przestać się śmiać, moja dłoń złapała jego koszulkę by zachować równowagę w tak szybkich ruchach.
-Zobacz na to. -Powiedziałam głośno, by przekrzyczeć muzykę.
Chwyciłam jego rękę, i rozłożyłam nasze ramiona szeroko. Przytaknął rozpoznając, co mam na myśli. Opuściłam swoje ciało w dół i szybko prześlizgnęłam się na podłodze tuż pod jego nogami. Mocny uścisk Harry'ego upewniał mnie w przekonaniu, że nie pozwoli mi upaść. Prędko pociągnął mnie w górę, a ja prosto stanęłam na nogi.
Nie mogłam stłumić szerokiego uśmiechu na moich ustach. Harry jedną ręką wciąż trzymał moją dłoń, a drugą moją talię. Moje ręce nadal obejmowały jego ramiona, nasze ciała w dalszym ciągu poruszały się w rytmie muzyki.
-Chcę czegoś spróbować! -Harry próbował przekrzyczeć grający zespół.
-Co? -Zapytałam, ale zanim słowa zdołały opuścić moje usta, zsunął swoje ramię na moje plecy a drugie na kolano, podnosząc mnie w górę. Pochylił mnie do tyłu, a ja poczułam się niezwykle, żadna część mnie nie dotykała ziemi, nie kontrolowałam swojego ciała. To było niesamowite uczucie. Uśmiechnęłam się w chwili, gdy Harry postawił mnie na podłodze.
Chciałam powiedzieć mu, że zwariował, ale donośny głos rozbrzmiewający w głośnikach mi przerwał.
-No dobra ludzie, pora trochę zwolnić tempo. -Piosenkarz powiedział do mikrofonu, roznosząc echo w pomieszczeniu. Zaczęli grać wolną, jazzową piosenkę o szczęśliwej miłości, brzmiała jak melodia stworzona specjalnie dla zakochanych. Dla mnie i dla Harry'ego.
Ten rodzaj tańca był o wiele wolniejszy od poprzedniego. Przyciągnęłam Harry'ego bliżej siebie i teraz mogłam mu powiedzieć o jego odważnym ruchu kilka sekund temu.
-Jesteś szalony, wiesz o tym? -Oznajmiłam, moje serce wciąż biło jak zwariowane.
-Często mi to mówią. -Odpowiedział.
Uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego tors.
Wspólna noc z Harry'm, to miejsce.. W tamtej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.
Pewna część mnie chciała z nim tańczyć całą wieczność, ale inna część chciała uciec z nim na koniec świata. Wydawało się jakby Harry toczył w myślach tą samą bitwę co ja i chyba się zdecydował kiedy wyszeptał mi do ucha.
-Zatańczmy jeszcze jedną piosenkę, a potem pójdźmy w miejsce, gdzie będę Cię miał tylko dla siebie.
Zamoczyłam ręce w wodzie, zmierzwiłam mokrymi dłoniami moje włosy, aby nadać im więcej objętości. Użyłam palców by wygładzić linię moich brwi, zwilżyłam usta, i włożyłam w spodnie moją koszulkę, co poprawiło nieco mój wygląd. Podeszłam do mojej torby, grzebiąc w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, kiedy Harry stał przed lustrem.
Związywał właśnie swoje włosy opaską z kawałka materiału. Nigdy nie widziałam żeby tak robił. I chociaż kochałam jego opadające na twarz loki, w takiej fryzurze wyglądał niebiańsko. Znalazłam w torbie zbożowy batonik. Nie przypuszczałam nawet, że jestem aż taka głodna, dopóki mój baton nie zniknął z dłoni w przeciągu kilku sekund.
-Skończyłem. -Harry powiedział sam do siebie.
Byłam zbyt zajęta sobą i jedzeniem, ale kiedy się odwróciłam, moje oczy szeroko się otwarły. Szczęka mi opadła i przeszył mnie przyjemny dreszcz.
Harry stał za mną, a ja dziękowałam w duchu za to, że mnie nie widział. Zamurowało mnie, Harry wyglądał jak jakiś celebryta. Miał na sobie biały podkoszulek, który mocno przylegał do jego klatki piersiowej. Podwinął nogawki swoich ciasnych spodni, nadając im więcej stylu. To wszystko sprawiało, że nie mogłam przestać się na niego gapić. Zapalił papierosa i hipnotyzująco się nim zaciągnął, wypuszczając po chwili ogromną smugę dymu.
-Święty Boże.. Wyglądasz gorąco. -To wszystko co mogłam z siebie wydusić.
Harry zaśmiał się ukazując swoje lśniące zęby i dołeczki w policzkach. Nagle uświadomiłam sobie, że ten człowiek należy tylko do mnie. Poczułam się przytłoczona, jakby spadły na mnie tony cegieł.
-Ty też. -Powiedział, nie powstrzymując swojego uśmiechu.
-Jesteś gotowa, skarbie?
-Tak, tak. -Odparłam, pozbywając się myśli o Harry'm. -Jeszcze tylko jedna rzecz.
Moje włosy wyglądały teraz na bardziej uniesione, podeszłam do lustra i postanowiłam związać je w kucyka. Wyglądały o niebo lepiej.
Pomimo tego, że mieliśmy na sobie zwyczajne koszulki, dżinsy i kurtki, miałam nadzieję, że wyglądamy choć trochę przyzwoicie, nadal mając na ramionach nasze torby. Opuściliśmy budynek tak szybko i dyskretnie jak tylko było to możliwe.
Noc była cholernie zimna, kiedy szliśmy z Harry'm trzymając się za ręce. Zaczęłam rozmyślać nad tym jakby to było, gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach. Jako normalni ludzie, bez ekstremalnych przeżyć. Moglibyśmy chodzić na takie randki przez cały czas. Wychodzić do restauracji, oglądać mecze i podróżować bez żadnych problemów. Ale kto wie, może kiedyś zaznamy takiego życia. Kiedyś.
Przypomniało mi się kiedy ostatni raz byłam na randce. To nie było to samo, poszliśmy wtedy w nocy do wesołego miasteczka z..
Wzdrygnęłam się, przypominając sobie jego zakrwawione ciało. Chciałam zapomnieć o tamtej nocy raz na zawsze. Niestety to wspomnienie nigdy mnie nie opuszczało.
-Jest ci zimno? -Pytanie Harry'ego przywróciło mnie do rzeczywistości.
Rozłączył nasze dłonie, by objąć mnie swoimi ramionami.
-Trochę. -Odparłam, pozwalając mu uwierzyć w to, że to był powód, przez który przeszedł mnie dreszcz.
-Myślę, że możemy pójść tam, wygląda dosyć tłoczno. -Wskazałam na większy budynek znajdujący się niedaleko. Zbierało się przy nim mnóstwo młodych ludzi.
-Ale pewnie jest tam drogo, nie chcemy przecież tak szybko wydać naszych pieniędzy.
-No tak, racja. Zapomniałam o tym, że mamy ważniejsze wydatki. -Powiedziałam przepraszająco.
-W porządku. Nie martw się tym, kochanie. -Cmoknął mnie w skroń.
Chciałam go pocałować, ale coś zwróciło moją uwagę.
-Słyszałeś to? -Zapytałam. To był słaby, stłumiony brzęk. Dochodził zza ściany budynku.
Dźwięk przyjemnej melodii jazzu.
-Tak. -Powiedział, uśmiechając się i wsłuchując. To definitywnie był klub taneczny. Wyłonił się z ciemności, oświetlając nam wejście.
-Czekaj. -Harry powiedział, pociągając mnie wzdłuż licznych, ułożonych w perfekcyjną linę budynków. Ostatni z nich był naszym klubem. Krzewy ozdabiały ścieżkę do głównego wejścia. Harry zsunął z ramion plecak i rozejrzał się wokół, upewniając się, że nikt nas nie widzi i dyskretnie schował torbę pomiędzy krzewami. Uważnie go obserwowałam i po chwili zrobiłam to samo co on. W ciemności alejka wyglądała na wąską i z pewnością nikt przechodzący nie zauważy ukrytych bagaży.
Zbliżaliśmy się do dudniącej muzyki. W pobliżu stało niewielu ludzi, ubranych w ciepłe płaszcze , czapki i rękawiczki. Wszyscy czekali na wejście do środka.
Ustaliśmy w kolejce. Dłużyła się zygzakiem, aż do wejścia. Każdy wokół wydawał się mieć po dwadzieścia lat, przynajmniej na tyle wyglądali. Mimo tego, że znajdowaliśmy się na przedmieściach Londynu, gromadziły się tu dziesiątki ludzi. Przeczuwałam, że będziemy się tu świetnie bawić.
Ale mimo wszystko byłam trochę przestraszona przebywając wśród tylu ludzi. Zamknęłam usta skupiając się na tym, że jesteśmy coraz bliżej wejścia. Czułam coraz większe napięcie, które zniknęło w momencie, gdy spotkaliśmy mężczyznę sprzedającego bilety.
-Dla was obojga? -Zapytał.
-Tak, poproszę. -Odpowiedział Harry.
Facet zanotował coś w swoim zeszycie.
-Dwa funty.
Harry wyjął pieniądze z kieszeni i zapłacił. Mężczyzna przytaknął dając nam pozwolenie na wejście, otwierając jednocześnie drzwi.
Jesteśmy w środku.
Nasze spojrzenia były pełne podziwu. Pomieszczenie było duże i obszerne, największą przestrzeń wypełniał olbrzymi, drewniany parkiet. Znajdowały się tam stoliki na drinki i jedzenie, obok był bar, a za nim prawdopodobnie kuchnia, nie mogłam jej zobaczyć, gdyż znajdowała się za ścianą. Z drugiej strony była mała scena, na której zespół grał szybkie, radosne piosenki. Dźwięk trąbek, saksofonów i perkusji nadawały mocnego rytmu. Ludzie śmiali się, rozmawiali, jedli i tańczyli. Nie czułam się teraz niekomfortowo czy coś z tych rzeczy. Ludzie byli zajęci sobą i nikt nie zwracał na nas uwagi, dzięki temu moje obawy zniknęły. Nikt nawet nie przypuszczał, że w tym miejscu, właśnie teraz znajdują się uciekinierzy z Wickendale.
Dopiero teraz poczułam, że tutaj jestem. To była zupełnie inna energia, niż ta z koszmarnej instytucji, czy lasu i to nadawało mojemu sercu szybszego tempa.
Nagle Harry złapał mnie za ręce i położył je na swojej klatce piersiowej. Słyszałam tylko kroki tańczących wokół mnie osób i dźwięk huczącej jazzowej piosenki.
-Zechce pani ze mną zatańczyć? -Zapytał, z trudem powstrzymując uśmiech.
Przytaknęłam, szeroko się uśmiechając. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał na mnie trzymając swoją dolną wargę pomiędzy zębami. Po czym porwał mnie do tańca.
Byliśmy spokojni, swobodnie poruszając się razem wśród tylu ludzi. Stali się naszym kamuflażem. W prawdzie, wszyscy byli ubrani ładniej niż my, ale kogo to tak właściwie obchodziło? Nie martwiłam się tym, po prostu tańczyłam z Harry'm.
Dałam się ponieść. Czułam się niesamowicie i miałam nadzieję, że Harry też się tak czuł. Ruszałam swoim ciałem w rytm muzyki, kołysałam się w tył i w przód. Nagle Harry się zatrzymał, jakby niepewny tego, co ma robić.
Jego usta rozciągnęły się w szeroką linię, uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie bliżej. Złapał mnie w pasie i obniżył moje ciało w dół, a potem w górę. Podniósł moją rękę tak, bym mogła okręcić się pod jego ramieniem. Wydałam z siebie piszczący okrzyk, nie spodziewałam się, że potrafi tak świetnie tańczyć. Zaśmiał się, osuwając swoją dłoń na moją talię. Przybliżyłam się do jego klatki piersiowej, odchylając się w tył i w przód. Nie mogłam przestać się śmiać, moja dłoń złapała jego koszulkę by zachować równowagę w tak szybkich ruchach.
-Zobacz na to. -Powiedziałam głośno, by przekrzyczeć muzykę.
Chwyciłam jego rękę, i rozłożyłam nasze ramiona szeroko. Przytaknął rozpoznając, co mam na myśli. Opuściłam swoje ciało w dół i szybko prześlizgnęłam się na podłodze tuż pod jego nogami. Mocny uścisk Harry'ego upewniał mnie w przekonaniu, że nie pozwoli mi upaść. Prędko pociągnął mnie w górę, a ja prosto stanęłam na nogi.
Nie mogłam stłumić szerokiego uśmiechu na moich ustach. Harry jedną ręką wciąż trzymał moją dłoń, a drugą moją talię. Moje ręce nadal obejmowały jego ramiona, nasze ciała w dalszym ciągu poruszały się w rytmie muzyki.
-Chcę czegoś spróbować! -Harry próbował przekrzyczeć grający zespół.
-Co? -Zapytałam, ale zanim słowa zdołały opuścić moje usta, zsunął swoje ramię na moje plecy a drugie na kolano, podnosząc mnie w górę. Pochylił mnie do tyłu, a ja poczułam się niezwykle, żadna część mnie nie dotykała ziemi, nie kontrolowałam swojego ciała. To było niesamowite uczucie. Uśmiechnęłam się w chwili, gdy Harry postawił mnie na podłodze.
Chciałam powiedzieć mu, że zwariował, ale donośny głos rozbrzmiewający w głośnikach mi przerwał.
-No dobra ludzie, pora trochę zwolnić tempo. -Piosenkarz powiedział do mikrofonu, roznosząc echo w pomieszczeniu. Zaczęli grać wolną, jazzową piosenkę o szczęśliwej miłości, brzmiała jak melodia stworzona specjalnie dla zakochanych. Dla mnie i dla Harry'ego.
Ten rodzaj tańca był o wiele wolniejszy od poprzedniego. Przyciągnęłam Harry'ego bliżej siebie i teraz mogłam mu powiedzieć o jego odważnym ruchu kilka sekund temu.
-Jesteś szalony, wiesz o tym? -Oznajmiłam, moje serce wciąż biło jak zwariowane.
-Często mi to mówią. -Odpowiedział.
Uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego tors.
Wspólna noc z Harry'm, to miejsce.. W tamtej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.
Pewna część mnie chciała z nim tańczyć całą wieczność, ale inna część chciała uciec z nim na koniec świata. Wydawało się jakby Harry toczył w myślach tą samą bitwę co ja i chyba się zdecydował kiedy wyszeptał mi do ucha.
-Zatańczmy jeszcze jedną piosenkę, a potem pójdźmy w miejsce, gdzie będę Cię miał tylko dla siebie.
wtorek, 22 września 2015
ROZDZIAŁ 13 CZ. I
ROSE'S POV.
Harry i ja byliśmy najlepsi na świecie. Nie mieliśmy żadnego miejsca do spania, a jedyne co posiadalismy to torby na plecach, ale mimo to czuliśmy się jak królowie. Brakowało nam tylko tronu.
Nie byliśmy w stanie powstrzymać uśmiechów, które nie opuszczały naszych ust. Wyglądaliśmy jak dzieci, biegnąc i udając zabawę w ganianego, skradając sobie przy tym krótkie pocałunki. Byliśmy na dobrej drodze ku wolności, a ten poranek był idealnym początkiem tego wszystkiego.
Pieniądze, które posiadaliśmy, były zasługą naszych niezwykłych umiejętności. Mimo tego, że sposób w jaki je zdobyliśmy nie był odpowiedni, ale ze względu na towarzyszące temu okoliczności, ludzie powinni to zrozumieć. Nie mogłam w to uwierzyć przez ostatni, niekończący się cykl pechowych zdarzeń. Byliśmy szczęściarzami, a ja chciałam tylko tego, aby zostało tak jak najdłużej.
W mojej głowie ciągle pozostawała myśl o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Ten czas był doskonałą okazją do świętowania. Miałam nawet pewien pomysł.
-Jaki dziś dzień? -Zapytałam Harry'ego.
-Co?
-Jaki mamy dziś dzień tygodnia? -Ponagliłam go. Starałam się sama to wyliczyć, ale nie miałam pojęcia ile czasu minęło odkąd zwialiśmy z Wickendale.
-Kiedy uciekliśmy? W piątek? -Zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
-Jesteśmy wolni od jakiegoś tygodnia. Więc możliwe, że jest piątek albo sobota.
Uśmiechnęłam się, bo tak właśnie przypuszczałam.
-Dlaczego pytasz? -Próbował wyczytać odpowiedź z mojej twarzy, spostrzegłam jak dziecinnie naśladuje moją minę.
-Bo.. Pewnie pomyślisz sobie, że zwariowałam, ale za nim coś powiesz to wysłuchaj mnie do końca.
-O Boże. -Powiedział. W jego słowa wkradł się cichy chichot.
Szukałam sposobu, jak mu to powiedzieć. Nie chciałam, by Harry odrzucił mój pomysł, nim tylko zdąży opuścić moje usta. Zastanawiałam się jak odpowiednio dobrać słowa. Postanowiłam powiedzieć wprost.
-Chcę pójść na tańce.
-Co? -Zapytał kompletnie zbity z tropu, śmiejąc się jak dzieciak.
-Pomyślałam o tym, bo.. -Zaczęłam. -Na tę chwilę wszyscy myślą, że nie żyjemy. Możemy spokojnie pójść do miasta. Przy okazji możemy kupić bilety. Harry proszę, to nasza ostatnia szansa, by zrobić coś szalonego.
Miałam świadomość tego, że ten pomysł mógł wydawać się dziecinny i Harry na pewno odebrał to w taki sposób. my po prostu potrzebowaliśmy zrobić coś spontanicznego. Po tym jak byłam zamknięta pośród ponurej szarości z koszmarnymi krzykami i dziwnymi głosami wirującymi w mojej głowie, przez ostatni miesiąc, pragnęłam zasmakować życia, zabawy. A odpowiedni na to czas był właśnie teraz.
-Poza tym, nigdy nie byliśmy nigdzie razem.
Harry podniósł głowę, spoglądając na mnie w niedowierzaniu. Otworzył usta i lekko się uśmiechnął.
-Masz rację.
Łatwo poszło. Przytaknęłam, czując delikatne zwycięstwo.
-Ale nadal nie jestem pewien, czy powinniśmy to zrobić. Co jeśli ktokolwiek nas rozpozna? Albo jeżeli będą tam ochroniarze? Poza tym nawet nie wiemy gdzie znajduje się najbliższe takie miejsce?
-Ale to ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby się spodziewać. -Powiedziałam. -To bieganie w lesie sprawi a więcej podejrzeń. Na zewnątrz będziemy wyglądać jak zwyczajna para nastolatków na randce. Ciągle się ukrywając, możemy nigdy nie otrzymać więcej takiej okazji, nawet przez chwilę.
Harry przygryzł swoje wargi, lawirując między myślami w poszukiwaniu powodu, dlaczego mielibyśmy nie wracać do miasta. To nie było nic nadzwyczajnego. Powinniśmy zostać w hotelu, a potem pójść do jakiegoś sklepu spożywczego, perfekcyjnie gospodarując naszym czasem. Jedyne co mogło stanąć nam na przeszkodzie to selekcja przed wejściem do klubu. Myślę jednak, że bez trudu wkręcimy się w tłum. Zresztą, co zbiedzy z Wickendale mieliby robić w miejscu publicznym?
Wątpiłam w to, że dzisiaj wpakujemy się w jakieś kłopoty. Zwyczajnie to czułam.
Jednak nie tylko to. Odnosiłam dziwne wrażenie jakby ktoś nas obserwował. Słońce powoli zachodziło, rozprzestrzeniając wokół szarość. Powróciłam myślami do tej dziwnej kobiety. Odtwarzanie wyglądu jej i jej nóg przyprawiało mnie o dreszcze. Zastanawiałam się co teraz mogło się z nią dziać i czy w ogóle żyje. To nieprzyjemne wspomnienie za każdym razem pozbawia mnie pewności siebie. Chciałabym stąd uciec i wymazać te okropne wspomnienia.
Głębokie westchnienie Harry'ego przyciąga moją uwagę, po czym dziwne myśli gdzieś znikają. Ekscytuję się, obserwując jego zachowanie. Nigdy nie będę w stanie rozgryźć o czym myśli w danej chwili.
-Przypuszczam, że to mogłaby być dobra okazja do zdobyci a więcej pieniędzy. Zgubione, niepilnowane portfele.
-Więc zrobimy to? -Zapytałam, pomijając jego wzmiankę o kolejnej kradzieży.
-Myślę, że tak.
Potrząsnął głową w geście rezygnacji, samemu do końca nie wierząc w to co właśnie powiedział.
Moja wewnętrzna Rose wręcz skakała z radości, nie mogąc się opanować. Natychmiast się uśmiechnęłam. Objęłam ramionami szyję Harry'ego, składając pocałunek na jego wargach. Po chwili moje usta wędrowały już po całej jego twarzy.
-Dziękuję! Będziemy się świetnie bawić, obiecuję!
Harry uśmiechnął się, kładąc ręce na mojej talii. Serce waliło mi jak szalone pod wpływem jego dotyku i naszych pocałunków. W tej chwili moje myśli mogły wędrować tylko pośród tańców, uśmiechów i niesamowitej muzyki. Zanim poznałam Harry'ego rzadko gdziekolwiek wychodziłam. Całe dnie przesiadywałam w domu, robiąc nieistotne rzeczy, które i tak do niczego nie prowadziły. Ale teraz,kiedy nasze dni były tak bardzo ulotne, a my nie wiedzieliśmy na kim możemy polegać, chciałam abyśmy spróbowali choć przez chwilę żyć jak normalni, młodzi ludzie, z zupełnie innych okolicznościach niż teraz. Jedyną przeszkodą w tym wszystkim był ten cholerny, niekończący się las. Chciałam w końcu usłyszeć bicie swojego serce i czuć się jak ktoś wolny i zakochany.
Zapał na dzisiejszą noc tlił się we mnie jak nigdy dotąd. Ręka Harry'ego nadal spoczywała na moim biodrze a moja dłoń na jego szyi.
-Dobrze, ale gdzie zostawimy nasze rzeczy kiedy tam pójdziemy? I c oz naszymi ubraniami?
Harry zadał pytanie, a ja poczułam jak mój wewnętrzny ogień gaśnie.
-Coś wymyślimy. Znajdziemy jakąś łazienkę. Założymy jeansy i koszulki. Będzie dobrze. -Powiedziałam dając z siebie wszystko, by brzmieć dosyć przekonująco. Moje marzenia nie mogły legnąć w gruzach. To miało być coś pięknego, a ja byłam bardzo zdesperowana.
-Możemy zostawić rzeczy w jakiś krzakach, albo wziąć je ze sobą. Moja w tym głowa by się tym zająć.
Harry uśmiechnął się widząc moje zaangażowanie, ale odpowiedział zupełnie poważnie.
-Jeśli już mam tam iść, to chcę wyglądać przyzwoicie.
-Więc.. Chcesz wyglądać jak ci wszyscy zamożni głupcy? Przyzwoici ludzie nie mają pojęcia o prawdziwej zabawie.
Westchnął, potrząsając głową. Jego reakcja nie była zbyt rewelacyjna. Czułam, że jestem na straconej pozycji. Moje serce dosłownie tonęło. Kolor oczu Harry'ego nagle się zmienił, dostrzegłam z nich blask zachwytu.
-Co?
-Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać, Rose.
Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, którego nie potrafiłam stłumić. Złożyłam pocałunek na jego policzku i chwyciłam go za rękę.
Nie miałam pojęcia jak znajdziemy to miejsce. Było już południe. Musieliśmy wyruszyć w tej chwili, aby znaleźć jakiś klub przed zachodem słońca. Na szczęście znajdowaliśmy się niedaleko drogi. Wystarczająco daleko by nas nie zauważona, ale jednocześnie na tyle blisko by usłyszeć odgłos przejeżdżającej obok nas lokomotywy. Tory kolejowe powinny doprowadzić nas prosto do miasta.
Najpierw dotarliśmy do niezbyt zasiedlonego miasteczka. Było tam zaledwie kilka domów i starych magazynów. Szliśmy dalej. To trwało w nieskończoność. Panowała tutaj podejrzana cisza.
Kilka godzin później wreszcie doszliśmy do śródmieścia. Wszędzie był tłok. Mijaliśmy kolorowe bary, rozmaite restauracje i Bóg jeden wie co jeszcze. To miejsce tętniło życiem nawet w tą ponurą porę roku.Grupki przyjaciół, pary zakochanych, młode dziewczyny z kręconymi, blond włosami obserwowane przez facetów z ulizanymi fryzurami. Wszyscy gromadzili się przy jednym z klubów, pod którym się zatrzymaliśmy. Wszędzie znajdowali się ludzie, przez co trochę się o nas bałam. No może bardziej niż trochę.
Neonowe szyldy przyciągały swoim blaskiem i oświetlały ulice.
-Wow. -Harry wydał z siebie okrzyk podziwu, obserwując uważnie całe miasto. Ewidentnie był zachwycony. Prawdopodobnie widział coś takiego pierwszy raz. Harry był zamknięty w instytucji, potem pracował na malutkiej farmie, a następnie ponownie odcięto go od świata i zamknięto w Wickendale. Na pewno nigdy nie miał okazji zobaczyć czegoś takiego.
Patrzyłam na jego migoczące od świateł oczy. Wyglądał tak dziecinnie i nieskazitelnie, kiedy obserwował wszystko wokół Przybliżyłam się do niego, kładąc ręce na jego ramiona i delikatnie się o nie opierając.
-Czy to nie jest niesamowite? -Zapytał, jego oczy nadal lśniły. Przytaknęłam, wygładzając materiał jego kurtki. Ja widziałam to inaczej. To było zwyczajne tętniące życiem miasto. Nic nadzwyczajnego.
-Chodźmy. -Powiedziałam. Nie mogliśmy marnować czasu na podziwianie. Ujęłam jego dłoń. Chciałam tylko abyśmy w tę noc poczuli się rzeczywiście wolni.
Następnie podeszliśmy do pierwszego budynku jaki tylko zobaczyliśmy. Jak się okazało, był to malutki sklep z ciuchami. Nie było w nim zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o jeansy, sukienki i koszulki. Niewielka ilość ludzi w środku była zajęta zakupami. Mogliśmy zwyczajnie wtopić się w tłum nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania.
Toaleta, którą znaleźliśmy na tyłach sklepu była damsko-męska. Przy magazynie znajdowała się ukryta jednoosobowa przebieralnia, trudno dostępna dla klientów. Wyglądała obskurnie i staro. Sekcje oddzielał jedynie wieszak na ubrania. Ale nie mogliśmy narzekać. Harry rozejrzał się by sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu i otworzył drzwi. Weszłam do środka a on podążył za mną zamykając je za sobą. Odwrócił się do mnie, zrzucił plecak ze swoich ramion położył na podłodze.
-Nie wierzę, że mnie tu zaciągnęłaś.
-Wiesz.. czasami jestem bardzo, bardzo przekonująca.
-Tak, jesteś. -Zgodził się.. -Najpierw przekonałaś tą babkę z ulicy że jesteś ranna, a teraz wyciągnęłaś mnie do centrum miasta żeby sobie potańczyć.
-Co ja mogę powiedzieć. -Zaśmiałam się.
Harry uśmiechnął się podszedł bliżej mnie, położył swoją dłoń na przy moje szczęce.
-Jestem bardziej przekonany niż możesz sobie wyobrazić. -Powiedział, ale jego zachowanie nie oddawało ciemności którą można było wyczuć w głębi jego głosu.
-Do prawdy? -Zapytałam, czując, jak moje policzki stają się różowe.
Kącik jego ust uniósł się ku górze kiedy pochylił się by mnie pocałować. Ten pocałunek był inny. Nie potrafiłam opisać tej zmiany, to wyglądało jakby wyrażał swoje szczęście, był bardziej energiczny. Nie chciałam przerywać pocałunku, który odwzorowywał nasze małe zwycięstwo jakie osiągnęliśmy, albo obawę, że w każdej chwili możemy nawzajem utracić naszą bliskość, ale myślę że to było bardziej oddanie tego, że oboje byliśmy szczęśliwi i zakochani.
Przerwał w momencie, kiedy poczułam w dole brzucha płomień pożądania. Desperacko zapragnęłam więcej.
SOŁ SORRY
Na początek chciałam was ogromnie przeprosić. Wiem, że zawaliłam, ale to już się nie powtórzy. Po prostu początek szkoły.. sami rozumiecie. :(
Zgłaszając się na tłumaczkę nie spodziewałam się, że to będzie tak czasochłonne, no ale cóż. JA DAM RADĘ IZI ;)
Postanowiłam podzielić ten rozdział na dwie części, gdyż był bardzo bardzo długi (i przepraszam, że akurat w takim momencie, ale musiałam). Druga część pojawi się jeszcze w tym tygodniu, ponieważ jestem chora i dzięki temu będę miała co robić siedząc w domu :)
Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że ze mną zostaniecie.
Harry i ja byliśmy najlepsi na świecie. Nie mieliśmy żadnego miejsca do spania, a jedyne co posiadalismy to torby na plecach, ale mimo to czuliśmy się jak królowie. Brakowało nam tylko tronu.
Nie byliśmy w stanie powstrzymać uśmiechów, które nie opuszczały naszych ust. Wyglądaliśmy jak dzieci, biegnąc i udając zabawę w ganianego, skradając sobie przy tym krótkie pocałunki. Byliśmy na dobrej drodze ku wolności, a ten poranek był idealnym początkiem tego wszystkiego.
Pieniądze, które posiadaliśmy, były zasługą naszych niezwykłych umiejętności. Mimo tego, że sposób w jaki je zdobyliśmy nie był odpowiedni, ale ze względu na towarzyszące temu okoliczności, ludzie powinni to zrozumieć. Nie mogłam w to uwierzyć przez ostatni, niekończący się cykl pechowych zdarzeń. Byliśmy szczęściarzami, a ja chciałam tylko tego, aby zostało tak jak najdłużej.
W mojej głowie ciągle pozostawała myśl o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Ten czas był doskonałą okazją do świętowania. Miałam nawet pewien pomysł.
-Jaki dziś dzień? -Zapytałam Harry'ego.
-Co?
-Jaki mamy dziś dzień tygodnia? -Ponagliłam go. Starałam się sama to wyliczyć, ale nie miałam pojęcia ile czasu minęło odkąd zwialiśmy z Wickendale.
-Kiedy uciekliśmy? W piątek? -Zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
-Jesteśmy wolni od jakiegoś tygodnia. Więc możliwe, że jest piątek albo sobota.
Uśmiechnęłam się, bo tak właśnie przypuszczałam.
-Dlaczego pytasz? -Próbował wyczytać odpowiedź z mojej twarzy, spostrzegłam jak dziecinnie naśladuje moją minę.
-Bo.. Pewnie pomyślisz sobie, że zwariowałam, ale za nim coś powiesz to wysłuchaj mnie do końca.
-O Boże. -Powiedział. W jego słowa wkradł się cichy chichot.
Szukałam sposobu, jak mu to powiedzieć. Nie chciałam, by Harry odrzucił mój pomysł, nim tylko zdąży opuścić moje usta. Zastanawiałam się jak odpowiednio dobrać słowa. Postanowiłam powiedzieć wprost.
-Chcę pójść na tańce.
-Co? -Zapytał kompletnie zbity z tropu, śmiejąc się jak dzieciak.
-Pomyślałam o tym, bo.. -Zaczęłam. -Na tę chwilę wszyscy myślą, że nie żyjemy. Możemy spokojnie pójść do miasta. Przy okazji możemy kupić bilety. Harry proszę, to nasza ostatnia szansa, by zrobić coś szalonego.
Miałam świadomość tego, że ten pomysł mógł wydawać się dziecinny i Harry na pewno odebrał to w taki sposób. my po prostu potrzebowaliśmy zrobić coś spontanicznego. Po tym jak byłam zamknięta pośród ponurej szarości z koszmarnymi krzykami i dziwnymi głosami wirującymi w mojej głowie, przez ostatni miesiąc, pragnęłam zasmakować życia, zabawy. A odpowiedni na to czas był właśnie teraz.
-Poza tym, nigdy nie byliśmy nigdzie razem.
Harry podniósł głowę, spoglądając na mnie w niedowierzaniu. Otworzył usta i lekko się uśmiechnął.
-Masz rację.
Łatwo poszło. Przytaknęłam, czując delikatne zwycięstwo.
-Ale nadal nie jestem pewien, czy powinniśmy to zrobić. Co jeśli ktokolwiek nas rozpozna? Albo jeżeli będą tam ochroniarze? Poza tym nawet nie wiemy gdzie znajduje się najbliższe takie miejsce?
-Ale to ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby się spodziewać. -Powiedziałam. -To bieganie w lesie sprawi a więcej podejrzeń. Na zewnątrz będziemy wyglądać jak zwyczajna para nastolatków na randce. Ciągle się ukrywając, możemy nigdy nie otrzymać więcej takiej okazji, nawet przez chwilę.
Harry przygryzł swoje wargi, lawirując między myślami w poszukiwaniu powodu, dlaczego mielibyśmy nie wracać do miasta. To nie było nic nadzwyczajnego. Powinniśmy zostać w hotelu, a potem pójść do jakiegoś sklepu spożywczego, perfekcyjnie gospodarując naszym czasem. Jedyne co mogło stanąć nam na przeszkodzie to selekcja przed wejściem do klubu. Myślę jednak, że bez trudu wkręcimy się w tłum. Zresztą, co zbiedzy z Wickendale mieliby robić w miejscu publicznym?
Wątpiłam w to, że dzisiaj wpakujemy się w jakieś kłopoty. Zwyczajnie to czułam.
Jednak nie tylko to. Odnosiłam dziwne wrażenie jakby ktoś nas obserwował. Słońce powoli zachodziło, rozprzestrzeniając wokół szarość. Powróciłam myślami do tej dziwnej kobiety. Odtwarzanie wyglądu jej i jej nóg przyprawiało mnie o dreszcze. Zastanawiałam się co teraz mogło się z nią dziać i czy w ogóle żyje. To nieprzyjemne wspomnienie za każdym razem pozbawia mnie pewności siebie. Chciałabym stąd uciec i wymazać te okropne wspomnienia.
Głębokie westchnienie Harry'ego przyciąga moją uwagę, po czym dziwne myśli gdzieś znikają. Ekscytuję się, obserwując jego zachowanie. Nigdy nie będę w stanie rozgryźć o czym myśli w danej chwili.
-Przypuszczam, że to mogłaby być dobra okazja do zdobyci a więcej pieniędzy. Zgubione, niepilnowane portfele.
-Więc zrobimy to? -Zapytałam, pomijając jego wzmiankę o kolejnej kradzieży.
-Myślę, że tak.
Potrząsnął głową w geście rezygnacji, samemu do końca nie wierząc w to co właśnie powiedział.
Moja wewnętrzna Rose wręcz skakała z radości, nie mogąc się opanować. Natychmiast się uśmiechnęłam. Objęłam ramionami szyję Harry'ego, składając pocałunek na jego wargach. Po chwili moje usta wędrowały już po całej jego twarzy.
-Dziękuję! Będziemy się świetnie bawić, obiecuję!
Harry uśmiechnął się, kładąc ręce na mojej talii. Serce waliło mi jak szalone pod wpływem jego dotyku i naszych pocałunków. W tej chwili moje myśli mogły wędrować tylko pośród tańców, uśmiechów i niesamowitej muzyki. Zanim poznałam Harry'ego rzadko gdziekolwiek wychodziłam. Całe dnie przesiadywałam w domu, robiąc nieistotne rzeczy, które i tak do niczego nie prowadziły. Ale teraz,kiedy nasze dni były tak bardzo ulotne, a my nie wiedzieliśmy na kim możemy polegać, chciałam abyśmy spróbowali choć przez chwilę żyć jak normalni, młodzi ludzie, z zupełnie innych okolicznościach niż teraz. Jedyną przeszkodą w tym wszystkim był ten cholerny, niekończący się las. Chciałam w końcu usłyszeć bicie swojego serce i czuć się jak ktoś wolny i zakochany.
Zapał na dzisiejszą noc tlił się we mnie jak nigdy dotąd. Ręka Harry'ego nadal spoczywała na moim biodrze a moja dłoń na jego szyi.
-Dobrze, ale gdzie zostawimy nasze rzeczy kiedy tam pójdziemy? I c oz naszymi ubraniami?
Harry zadał pytanie, a ja poczułam jak mój wewnętrzny ogień gaśnie.
-Coś wymyślimy. Znajdziemy jakąś łazienkę. Założymy jeansy i koszulki. Będzie dobrze. -Powiedziałam dając z siebie wszystko, by brzmieć dosyć przekonująco. Moje marzenia nie mogły legnąć w gruzach. To miało być coś pięknego, a ja byłam bardzo zdesperowana.
-Możemy zostawić rzeczy w jakiś krzakach, albo wziąć je ze sobą. Moja w tym głowa by się tym zająć.
Harry uśmiechnął się widząc moje zaangażowanie, ale odpowiedział zupełnie poważnie.
-Jeśli już mam tam iść, to chcę wyglądać przyzwoicie.
-Więc.. Chcesz wyglądać jak ci wszyscy zamożni głupcy? Przyzwoici ludzie nie mają pojęcia o prawdziwej zabawie.
Westchnął, potrząsając głową. Jego reakcja nie była zbyt rewelacyjna. Czułam, że jestem na straconej pozycji. Moje serce dosłownie tonęło. Kolor oczu Harry'ego nagle się zmienił, dostrzegłam z nich blask zachwytu.
-Co?
-Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać, Rose.
Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, którego nie potrafiłam stłumić. Złożyłam pocałunek na jego policzku i chwyciłam go za rękę.
Nie miałam pojęcia jak znajdziemy to miejsce. Było już południe. Musieliśmy wyruszyć w tej chwili, aby znaleźć jakiś klub przed zachodem słońca. Na szczęście znajdowaliśmy się niedaleko drogi. Wystarczająco daleko by nas nie zauważona, ale jednocześnie na tyle blisko by usłyszeć odgłos przejeżdżającej obok nas lokomotywy. Tory kolejowe powinny doprowadzić nas prosto do miasta.
Najpierw dotarliśmy do niezbyt zasiedlonego miasteczka. Było tam zaledwie kilka domów i starych magazynów. Szliśmy dalej. To trwało w nieskończoność. Panowała tutaj podejrzana cisza.
Kilka godzin później wreszcie doszliśmy do śródmieścia. Wszędzie był tłok. Mijaliśmy kolorowe bary, rozmaite restauracje i Bóg jeden wie co jeszcze. To miejsce tętniło życiem nawet w tą ponurą porę roku.Grupki przyjaciół, pary zakochanych, młode dziewczyny z kręconymi, blond włosami obserwowane przez facetów z ulizanymi fryzurami. Wszyscy gromadzili się przy jednym z klubów, pod którym się zatrzymaliśmy. Wszędzie znajdowali się ludzie, przez co trochę się o nas bałam. No może bardziej niż trochę.
Neonowe szyldy przyciągały swoim blaskiem i oświetlały ulice.
-Wow. -Harry wydał z siebie okrzyk podziwu, obserwując uważnie całe miasto. Ewidentnie był zachwycony. Prawdopodobnie widział coś takiego pierwszy raz. Harry był zamknięty w instytucji, potem pracował na malutkiej farmie, a następnie ponownie odcięto go od świata i zamknięto w Wickendale. Na pewno nigdy nie miał okazji zobaczyć czegoś takiego.
Patrzyłam na jego migoczące od świateł oczy. Wyglądał tak dziecinnie i nieskazitelnie, kiedy obserwował wszystko wokół Przybliżyłam się do niego, kładąc ręce na jego ramiona i delikatnie się o nie opierając.
-Czy to nie jest niesamowite? -Zapytał, jego oczy nadal lśniły. Przytaknęłam, wygładzając materiał jego kurtki. Ja widziałam to inaczej. To było zwyczajne tętniące życiem miasto. Nic nadzwyczajnego.
-Chodźmy. -Powiedziałam. Nie mogliśmy marnować czasu na podziwianie. Ujęłam jego dłoń. Chciałam tylko abyśmy w tę noc poczuli się rzeczywiście wolni.
Następnie podeszliśmy do pierwszego budynku jaki tylko zobaczyliśmy. Jak się okazało, był to malutki sklep z ciuchami. Nie było w nim zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o jeansy, sukienki i koszulki. Niewielka ilość ludzi w środku była zajęta zakupami. Mogliśmy zwyczajnie wtopić się w tłum nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania.
Toaleta, którą znaleźliśmy na tyłach sklepu była damsko-męska. Przy magazynie znajdowała się ukryta jednoosobowa przebieralnia, trudno dostępna dla klientów. Wyglądała obskurnie i staro. Sekcje oddzielał jedynie wieszak na ubrania. Ale nie mogliśmy narzekać. Harry rozejrzał się by sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu i otworzył drzwi. Weszłam do środka a on podążył za mną zamykając je za sobą. Odwrócił się do mnie, zrzucił plecak ze swoich ramion położył na podłodze.
-Nie wierzę, że mnie tu zaciągnęłaś.
-Wiesz.. czasami jestem bardzo, bardzo przekonująca.
-Tak, jesteś. -Zgodził się.. -Najpierw przekonałaś tą babkę z ulicy że jesteś ranna, a teraz wyciągnęłaś mnie do centrum miasta żeby sobie potańczyć.
-Co ja mogę powiedzieć. -Zaśmiałam się.
Harry uśmiechnął się podszedł bliżej mnie, położył swoją dłoń na przy moje szczęce.
-Jestem bardziej przekonany niż możesz sobie wyobrazić. -Powiedział, ale jego zachowanie nie oddawało ciemności którą można było wyczuć w głębi jego głosu.
-Do prawdy? -Zapytałam, czując, jak moje policzki stają się różowe.
Kącik jego ust uniósł się ku górze kiedy pochylił się by mnie pocałować. Ten pocałunek był inny. Nie potrafiłam opisać tej zmiany, to wyglądało jakby wyrażał swoje szczęście, był bardziej energiczny. Nie chciałam przerywać pocałunku, który odwzorowywał nasze małe zwycięstwo jakie osiągnęliśmy, albo obawę, że w każdej chwili możemy nawzajem utracić naszą bliskość, ale myślę że to było bardziej oddanie tego, że oboje byliśmy szczęśliwi i zakochani.
Przerwał w momencie, kiedy poczułam w dole brzucha płomień pożądania. Desperacko zapragnęłam więcej.
SOŁ SORRY
Na początek chciałam was ogromnie przeprosić. Wiem, że zawaliłam, ale to już się nie powtórzy. Po prostu początek szkoły.. sami rozumiecie. :(
Zgłaszając się na tłumaczkę nie spodziewałam się, że to będzie tak czasochłonne, no ale cóż. JA DAM RADĘ IZI ;)
Postanowiłam podzielić ten rozdział na dwie części, gdyż był bardzo bardzo długi (i przepraszam, że akurat w takim momencie, ale musiałam). Druga część pojawi się jeszcze w tym tygodniu, ponieważ jestem chora i dzięki temu będę miała co robić siedząc w domu :)
Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że ze mną zostaniecie.
sobota, 5 września 2015
Rozdział 12
Miał to jak czarne na białym. Dwanaście lat w więzieniu. Na początku trudno mu było w to uwierzyć, ale nareszcie mógł iść po ulicy jako wolny człowiek.
Usłyszał jak chłopak od gazet wykrzykiwał nagłówek gazet.
"Uciekinierzy z Wickendale prawdopodobnie nie żyją''
Najpierw w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Kiedy jest się uwięzionym przez ponad dekadę, po wyjściu na wolność, nie pragnie się już niczego więcej. Ale coś jednak zwróciło jego uwagę przez jedną, krótką chwilę. To imię.
Podszedł do chłopca w swoich starych, roboczych butach z 1930 roku.
-Powtórzysz to?
-Powiedziałem, że prawdopodobnie przestępcy Harry Styles i Rose Winters nie żyją! Przeczytaj! -Powtórzył to jeszcze kilka razy tonem irytującego, wrzeszczącego sprzedawcy.
Rose Winters.
To ona. Był tego absolutnie pewien. Nagle zaschło mu w gardle. Jego myśli odeszły w pustą przestrzeń. Rose. Uciekła z Wickendale. I możliwe, że jest martwa. Kiedy siedział za kratami, każda jego myśl kierowała się właśnie ku niej. A teraz, gdy wyszedł by ją odnaleźć, ona odeszła, zabierając ze sobą całą jego nadzieję.
Ale nie.. Pomyślał, że przecież to nie musi być prawda. Nagłówek mówił prawdopodobnie nie żyją, a to zasadnicza różnica. Nie spędził pieprzonych dwunastu lat w tamtym miejscu bez powodu. To mogło być oszustwo, zwyczajna plotka wymyślona przez kogoś.
Krew zaczęła mu wrzeć w żyłach z przypływu złości. Domyślał się, kto mógł za tym wszystkim stać.
-Proszę pana, wszystko w porządku? Potrzebuje pan pomocy? -Zapytał dziecinny głos. Powrócił do rzeczywistości, zobaczywszy przed sobą zmieszanego chłopca.
-Tak, tak, wszystko dobrze. -Szybko odpowiedział, jednocześnie odchodząc, ale pewien pomysł przyszedł mu do głowy. -Hej, zaczekaj! Zapewne dużo chodzisz po tym mieście sprzedając te gazety, prawda?
Chłopak skinął głową.
-Świetnie, może przypadkiem wiesz, gdzie znajduje się Instytucja Wickendale?
-Chodzi o tę z gazety? To w tamtą stronę. -Oznajmił wskazując mu drogę. Mężczyzna podążył wzrokiem za jego palcem wskazującym kierunek.
-Doskonale, dziękuję. -Odpowiedział. I zamiast wrócić prosto do domu, co planował przez ostatnie dwanaście lat, postanowił od razu skierować się w miejsce, do którego przyrzekał sobie nigdy nie wrócić.
Nie miał ani samochodu, ani pieniędzy. Nie posiadał niczego, prócz hańby jaką się opiewał. Wstydził się siebie, więc przyspieszył kroku, chcąc niezauważanie przejść przez ulice Londynu.
Ludzie posyłali mu dziwne spojrzenia. Idąc, uświadamiał sobie jak wiele się zmieniło. Niczym nadzwyczajnym nie było teraz posiadanie samochodu. Wszystko wydawało się bardziej krzykliwe. Pełno bilbordów, nadawało miastu więcej komercjalizmu. Spojrzał na jeden z plakatów. Modelka, którą przedstawiał, reklamowała strój kąpielowy przerywany w talii. Nigdy nie widział takiego kostiumu.
Jeden ze sklepów, obok którego przechodził, miał w oknie kolorowy telewizor. Słyszał o tym, ale nigdy nie miał okazji takiego zobaczyć. To było niezwykłe i jednocześnie prawdziwe. . Tak bardzo się wszystko zmieniło od czasu, gdy poszedł za kratki. Czas się nie zatrzymał. Bardzo chciał się zatrzymać by móc jeszcze popatrzeć. Popatrzeć na wszystko, nie tylko na telewizor. Ale teraz musiał zająć się czymś ważniejszym.
Nie było czasu na podziwianie. Musiał iść naprzód. Nie mógł opędzić się od nowych widoków. Do jego głowy zaczęły napływać kłopotliwe pytania. Jego myśli płonęły od wściekłości. Co do jasnej cholery działo się z Rose od kiedy odszedłem? Zabiję ją jeśli coś jej zrobiła.
Czas płynął nieubłagalnie szybko.
Szedł przez wiele godzin, nie wiedząc już gdzie się znajduje. I pewnie poddał by się gdyby nie facet który zaoferował mu darmową podwózkę. To był jedyny z miłych gestów, które spotkały go przez ostatnie kilkanaście lat.
Po sześciu godzinach później czuł już ból w stopach, ale nareszcie tam był. Znajdował się dokładnie przed olbrzymim, marmurowym podjazdem. Opuściły go wszelkie myśli, kiedy ruszył ku drzwiom frontowym. Linda Hellman powiedział pod nosem. Drzwi się otworzył, a przed nim stanął wysoki ochroniarz.
-Szukam Lindy Hellman.
-Masz umówione spotkanie? -Zapytał ochroniarz. Ton jego głosu wzbudzał respekt. Nie był tutejszy, jego akcent brzmiał jak amerykański, ale nie wiedział dokładnie z jakiego miejsca, może Nowy Jork.
-Tak, oczywiście, że mam. -Skłamał, ale wiedział, że to nie problem. Był pewny żę nie będą marnowali czasu na sprawdzanie go.
-Dobrze, w takim razie chodź za mną. -Ochroniarz odwrócił się i podążył korytarzem administracyjnym.
W tym korytarzu nie było widać żadnych cel, zero pacjentów. Definitywnie nie chciała ich widzieć. Ale mimo wszystko oni tutaj byli. Od razu po przekroczeniu progu, było czuć grozę i zimno tego miejsca. W ciemnym holu rozchodziły się przerażające krzyki i dziwne jęki.
Podeszli do drzwi. Jego serce waliło jak oszalałe, kiedy uświadomił sobie kto tak właściwie się za nimi znajduje. Nie bał się, wręcz przeciwnie, był teraz wyzbyty z wszelkich emocji. Mężczyzna w uniformie przekręcił gałkę i wszedł do środka.
-Ktoś chciałby się z panią widzieć Pani Hellman. Twierdzi, że ma umówione spotkanie.
To była ona. Jej niemożliwie jasne włosy wciąż były takie same, ale wyglądała inaczej, starzej. Na jej widok wezbrała się w nim złość. Poczuł gorzki smak w swoich ustach. Nie poznała go. Była zajęta papierkową robotą, jej oczy absorbowały dokumenty.
-Nie mam dzisiaj żadnych spotkań. Cokolwiek miał mi do powiedzenia, jestem pewna, że to może poczekać. -Powiedziała znużona, nawet nie podnosząc wzroku.
-Och, a ja myślę, że jednak chcesz mnie wysłuchać. -Mężczyzna przemówił lekceważącym tonem.
W chwili gdy wypowiedział te słowa, nastąpiła reakcja, której nikt nigdy nie spodziewał by się po Lindzie Hellman. Zatrzymała pisanie. Jej ciało doszczętnie zamarło. Coś w jego głosie sprawiło, że zesztywniała. Zacisnęła usta. Jej oczy podniosły się powoli by spotkać się z jego spojrzeniem.
-Jason, zostaw nas. -Rozkazała ochroniarzowi, na co on opuścił pokój zamykając za sobą drzwi.
Zostali sam na sam.
-Myslałam, że jesteś w więzieniu. -Spuściła wzrok, powracając do pracy.
-Jak widzisz, dzisiaj wyszedłem. -Mężczyzna szybko wyrzucił z siebie słowa. Nie zapowiadało się na krótką i przyjemną konwersację.
Zaśmiała się cynicznie.
-Twój pierwszy dzień wolności przeznaczasz na wizytę u mnie? Dlaczego? Zapewne nie po to by mnie przeprosić, za to,że opuściłeś mnie, gdy byłam w ciąży z twoim synem.
Spodziewał się tego, że wyceluje w niego tym faktem. Ale nie zdawał sobie sprawy, że słowo syn przeszyje go na wylot. Podszedł do jej biurka. Przebywał z nią w jednym pomieszczeniu dopiero kilka chwil, a wydawało się, jakby to trwało wieczność. Nagle w jego głowie pojawiły się przebłyski wspomnień z nią związanych, ich miłość, cały wspólnie spędzony czas. A potem całą tę bajkę szlag trafił. Odkrył, że go zdradzała i okłamywała. Miał dość jej i jej ciągłych krzyków. W końcu opuścił ją i jej dziecko. Wtedy poczuł się okropnie, jak śmieć. Chciał wrócić, nie do niej, ale do dziecka, które w sobie nosiła. Skończyło się tak, że nie poznał nawet jego imienia.
Uderzył pięścią w blat biurka, gwałtownie zwracając jej uwagę. Pragnął wywołać w niej choć odrobinę zainteresowania.
-Nie będę o tym rozmawiać! -Rozzłościła go. -Chcę tylko wiedzieć co zrobiłaś!
-Co masz na myśli? -Zapytała, kierując na niego swoje chłodne, przeszywające spojrzenie.
-Nie udawaj, że nie wiesz. -Odpowiedział, nieświadomy tego, że ona rzeczywiście nie wiedziała o co mu chodzi. -Nie mogłaś żyć z myślą, że starałem się byś szczęśliwy zakładając nową rodzinę. Chcę ci jednak przypomnieć, że to ty wszystko zniszczyłaś.
Zastanawiała się nad sensem jego słów.
-Nie mam bladego pojęcia o czym ty do mnie mówisz! Nie wiedziałam, że założyłeś nową rodzinę. Nie chciałam mieć z tobą nic wspólnego po tym jak nas zostawiłeś. Dotąd o niczym nie wiedziałam. Więc radzę ci się wynosić z mojego biura!
-Dlaczego przyjęłaś tu Rose? I czemu dowiedziałem się o jej prawdopodobnej śmierci? -Zapytał zaciskając zęby.
Z każdym, kolejnym pytaniem zastanawiała się coraz bardziej.
-Nie obchodzą mnie te brednie. Dlaczego chcesz cokolwiek o niej wiedzieć?
Zaśmiał się nie dowierzając jej słowom. Potrząsnął głową.
-Naprawdę nie mam czasu na twoje gierki. Po prostu powiedz mi czy ona żyje?
-Dlaczego chcesz wiedzieć?
Powoli wpadał w furię, podniósł głos.
-Ponieważ to kurwa moja córka!
Te słowa sprawiły, że szczęka Lindy Hellman opadła, a oczy wytrzeszczyły się w niedowierzaniu.
-Nie, nie jest. Kłamiesz.
-Jaki miałbym cel w przychodzeniu tutaj i okłamywaniu Ciebie? Chcę tylko wiedzieć gdzie ona jest i czy wszystko z nią w porządku, do kurwy nędzy powiedz mi!
Nie przestawał krzyczeć, wciąż domagając się odpowiedzi, ale ona pogrążyła się w myślach, nie słuchając ani jednego słowa.
Jej myśli były uwięzione wokół tej niepokojącej informacji.
Mężczyzna nazywał się David Winters. Wiele lat wstecz założył z nią rodzinę, a potem opuścił ją i ich syna James'a. Stworzył nową rodzinę z inną kobietą, doprowadził się do ładu. Ale ponownie wpędził się w kłopoty i trafił do więzienia.
Nie potrafiła się opanować. Nigdy nie przyszło jej do głowy by w jakiś sposób powiązać jego i Rose. Dużo ludzi posiada to samo nazwisko, a Winters jest dość popularne. Nawet nie byli do siebie podobni. Ten mężczyzna w ogóle ją nie obchodził, więc nie zawracała sobie nim głowy. Niewiele o nim myślała.
Ale teraz on tam był, stał przed nią ujawniając prawdę. Jej myśli wirowały od nagłego przypływu informacji. To było przerażające. Potrząsnęła głową i wzięła głęboki oddech. Uświadomienie sobie tego ścisnęło jej żołądek.
James Hellman i Rose Winters byli rodzeństwem.
Usłyszał jak chłopak od gazet wykrzykiwał nagłówek gazet.
"Uciekinierzy z Wickendale prawdopodobnie nie żyją''
Najpierw w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Kiedy jest się uwięzionym przez ponad dekadę, po wyjściu na wolność, nie pragnie się już niczego więcej. Ale coś jednak zwróciło jego uwagę przez jedną, krótką chwilę. To imię.
Podszedł do chłopca w swoich starych, roboczych butach z 1930 roku.
-Powtórzysz to?
-Powiedziałem, że prawdopodobnie przestępcy Harry Styles i Rose Winters nie żyją! Przeczytaj! -Powtórzył to jeszcze kilka razy tonem irytującego, wrzeszczącego sprzedawcy.
Rose Winters.
To ona. Był tego absolutnie pewien. Nagle zaschło mu w gardle. Jego myśli odeszły w pustą przestrzeń. Rose. Uciekła z Wickendale. I możliwe, że jest martwa. Kiedy siedział za kratami, każda jego myśl kierowała się właśnie ku niej. A teraz, gdy wyszedł by ją odnaleźć, ona odeszła, zabierając ze sobą całą jego nadzieję.
Ale nie.. Pomyślał, że przecież to nie musi być prawda. Nagłówek mówił prawdopodobnie nie żyją, a to zasadnicza różnica. Nie spędził pieprzonych dwunastu lat w tamtym miejscu bez powodu. To mogło być oszustwo, zwyczajna plotka wymyślona przez kogoś.
Krew zaczęła mu wrzeć w żyłach z przypływu złości. Domyślał się, kto mógł za tym wszystkim stać.
-Proszę pana, wszystko w porządku? Potrzebuje pan pomocy? -Zapytał dziecinny głos. Powrócił do rzeczywistości, zobaczywszy przed sobą zmieszanego chłopca.
-Tak, tak, wszystko dobrze. -Szybko odpowiedział, jednocześnie odchodząc, ale pewien pomysł przyszedł mu do głowy. -Hej, zaczekaj! Zapewne dużo chodzisz po tym mieście sprzedając te gazety, prawda?
Chłopak skinął głową.
-Świetnie, może przypadkiem wiesz, gdzie znajduje się Instytucja Wickendale?
-Chodzi o tę z gazety? To w tamtą stronę. -Oznajmił wskazując mu drogę. Mężczyzna podążył wzrokiem za jego palcem wskazującym kierunek.
-Doskonale, dziękuję. -Odpowiedział. I zamiast wrócić prosto do domu, co planował przez ostatnie dwanaście lat, postanowił od razu skierować się w miejsce, do którego przyrzekał sobie nigdy nie wrócić.
Nie miał ani samochodu, ani pieniędzy. Nie posiadał niczego, prócz hańby jaką się opiewał. Wstydził się siebie, więc przyspieszył kroku, chcąc niezauważanie przejść przez ulice Londynu.
Ludzie posyłali mu dziwne spojrzenia. Idąc, uświadamiał sobie jak wiele się zmieniło. Niczym nadzwyczajnym nie było teraz posiadanie samochodu. Wszystko wydawało się bardziej krzykliwe. Pełno bilbordów, nadawało miastu więcej komercjalizmu. Spojrzał na jeden z plakatów. Modelka, którą przedstawiał, reklamowała strój kąpielowy przerywany w talii. Nigdy nie widział takiego kostiumu.
Jeden ze sklepów, obok którego przechodził, miał w oknie kolorowy telewizor. Słyszał o tym, ale nigdy nie miał okazji takiego zobaczyć. To było niezwykłe i jednocześnie prawdziwe. . Tak bardzo się wszystko zmieniło od czasu, gdy poszedł za kratki. Czas się nie zatrzymał. Bardzo chciał się zatrzymać by móc jeszcze popatrzeć. Popatrzeć na wszystko, nie tylko na telewizor. Ale teraz musiał zająć się czymś ważniejszym.
Nie było czasu na podziwianie. Musiał iść naprzód. Nie mógł opędzić się od nowych widoków. Do jego głowy zaczęły napływać kłopotliwe pytania. Jego myśli płonęły od wściekłości. Co do jasnej cholery działo się z Rose od kiedy odszedłem? Zabiję ją jeśli coś jej zrobiła.
Czas płynął nieubłagalnie szybko.
Szedł przez wiele godzin, nie wiedząc już gdzie się znajduje. I pewnie poddał by się gdyby nie facet który zaoferował mu darmową podwózkę. To był jedyny z miłych gestów, które spotkały go przez ostatnie kilkanaście lat.
Po sześciu godzinach później czuł już ból w stopach, ale nareszcie tam był. Znajdował się dokładnie przed olbrzymim, marmurowym podjazdem. Opuściły go wszelkie myśli, kiedy ruszył ku drzwiom frontowym. Linda Hellman powiedział pod nosem. Drzwi się otworzył, a przed nim stanął wysoki ochroniarz.
-Szukam Lindy Hellman.
-Masz umówione spotkanie? -Zapytał ochroniarz. Ton jego głosu wzbudzał respekt. Nie był tutejszy, jego akcent brzmiał jak amerykański, ale nie wiedział dokładnie z jakiego miejsca, może Nowy Jork.
-Tak, oczywiście, że mam. -Skłamał, ale wiedział, że to nie problem. Był pewny żę nie będą marnowali czasu na sprawdzanie go.
-Dobrze, w takim razie chodź za mną. -Ochroniarz odwrócił się i podążył korytarzem administracyjnym.
W tym korytarzu nie było widać żadnych cel, zero pacjentów. Definitywnie nie chciała ich widzieć. Ale mimo wszystko oni tutaj byli. Od razu po przekroczeniu progu, było czuć grozę i zimno tego miejsca. W ciemnym holu rozchodziły się przerażające krzyki i dziwne jęki.
Podeszli do drzwi. Jego serce waliło jak oszalałe, kiedy uświadomił sobie kto tak właściwie się za nimi znajduje. Nie bał się, wręcz przeciwnie, był teraz wyzbyty z wszelkich emocji. Mężczyzna w uniformie przekręcił gałkę i wszedł do środka.
-Ktoś chciałby się z panią widzieć Pani Hellman. Twierdzi, że ma umówione spotkanie.
To była ona. Jej niemożliwie jasne włosy wciąż były takie same, ale wyglądała inaczej, starzej. Na jej widok wezbrała się w nim złość. Poczuł gorzki smak w swoich ustach. Nie poznała go. Była zajęta papierkową robotą, jej oczy absorbowały dokumenty.
-Nie mam dzisiaj żadnych spotkań. Cokolwiek miał mi do powiedzenia, jestem pewna, że to może poczekać. -Powiedziała znużona, nawet nie podnosząc wzroku.
-Och, a ja myślę, że jednak chcesz mnie wysłuchać. -Mężczyzna przemówił lekceważącym tonem.
W chwili gdy wypowiedział te słowa, nastąpiła reakcja, której nikt nigdy nie spodziewał by się po Lindzie Hellman. Zatrzymała pisanie. Jej ciało doszczętnie zamarło. Coś w jego głosie sprawiło, że zesztywniała. Zacisnęła usta. Jej oczy podniosły się powoli by spotkać się z jego spojrzeniem.
-Jason, zostaw nas. -Rozkazała ochroniarzowi, na co on opuścił pokój zamykając za sobą drzwi.
Zostali sam na sam.
-Myslałam, że jesteś w więzieniu. -Spuściła wzrok, powracając do pracy.
-Jak widzisz, dzisiaj wyszedłem. -Mężczyzna szybko wyrzucił z siebie słowa. Nie zapowiadało się na krótką i przyjemną konwersację.
Zaśmiała się cynicznie.
-Twój pierwszy dzień wolności przeznaczasz na wizytę u mnie? Dlaczego? Zapewne nie po to by mnie przeprosić, za to,że opuściłeś mnie, gdy byłam w ciąży z twoim synem.
Spodziewał się tego, że wyceluje w niego tym faktem. Ale nie zdawał sobie sprawy, że słowo syn przeszyje go na wylot. Podszedł do jej biurka. Przebywał z nią w jednym pomieszczeniu dopiero kilka chwil, a wydawało się, jakby to trwało wieczność. Nagle w jego głowie pojawiły się przebłyski wspomnień z nią związanych, ich miłość, cały wspólnie spędzony czas. A potem całą tę bajkę szlag trafił. Odkrył, że go zdradzała i okłamywała. Miał dość jej i jej ciągłych krzyków. W końcu opuścił ją i jej dziecko. Wtedy poczuł się okropnie, jak śmieć. Chciał wrócić, nie do niej, ale do dziecka, które w sobie nosiła. Skończyło się tak, że nie poznał nawet jego imienia.
Uderzył pięścią w blat biurka, gwałtownie zwracając jej uwagę. Pragnął wywołać w niej choć odrobinę zainteresowania.
-Nie będę o tym rozmawiać! -Rozzłościła go. -Chcę tylko wiedzieć co zrobiłaś!
-Co masz na myśli? -Zapytała, kierując na niego swoje chłodne, przeszywające spojrzenie.
-Nie udawaj, że nie wiesz. -Odpowiedział, nieświadomy tego, że ona rzeczywiście nie wiedziała o co mu chodzi. -Nie mogłaś żyć z myślą, że starałem się byś szczęśliwy zakładając nową rodzinę. Chcę ci jednak przypomnieć, że to ty wszystko zniszczyłaś.
Zastanawiała się nad sensem jego słów.
-Nie mam bladego pojęcia o czym ty do mnie mówisz! Nie wiedziałam, że założyłeś nową rodzinę. Nie chciałam mieć z tobą nic wspólnego po tym jak nas zostawiłeś. Dotąd o niczym nie wiedziałam. Więc radzę ci się wynosić z mojego biura!
-Dlaczego przyjęłaś tu Rose? I czemu dowiedziałem się o jej prawdopodobnej śmierci? -Zapytał zaciskając zęby.
Z każdym, kolejnym pytaniem zastanawiała się coraz bardziej.
-Nie obchodzą mnie te brednie. Dlaczego chcesz cokolwiek o niej wiedzieć?
Zaśmiał się nie dowierzając jej słowom. Potrząsnął głową.
-Naprawdę nie mam czasu na twoje gierki. Po prostu powiedz mi czy ona żyje?
-Dlaczego chcesz wiedzieć?
Powoli wpadał w furię, podniósł głos.
-Ponieważ to kurwa moja córka!
Te słowa sprawiły, że szczęka Lindy Hellman opadła, a oczy wytrzeszczyły się w niedowierzaniu.
-Nie, nie jest. Kłamiesz.
-Jaki miałbym cel w przychodzeniu tutaj i okłamywaniu Ciebie? Chcę tylko wiedzieć gdzie ona jest i czy wszystko z nią w porządku, do kurwy nędzy powiedz mi!
Nie przestawał krzyczeć, wciąż domagając się odpowiedzi, ale ona pogrążyła się w myślach, nie słuchając ani jednego słowa.
Jej myśli były uwięzione wokół tej niepokojącej informacji.
Mężczyzna nazywał się David Winters. Wiele lat wstecz założył z nią rodzinę, a potem opuścił ją i ich syna James'a. Stworzył nową rodzinę z inną kobietą, doprowadził się do ładu. Ale ponownie wpędził się w kłopoty i trafił do więzienia.
Nie potrafiła się opanować. Nigdy nie przyszło jej do głowy by w jakiś sposób powiązać jego i Rose. Dużo ludzi posiada to samo nazwisko, a Winters jest dość popularne. Nawet nie byli do siebie podobni. Ten mężczyzna w ogóle ją nie obchodził, więc nie zawracała sobie nim głowy. Niewiele o nim myślała.
Ale teraz on tam był, stał przed nią ujawniając prawdę. Jej myśli wirowały od nagłego przypływu informacji. To było przerażające. Potrząsnęła głową i wzięła głęboki oddech. Uświadomienie sobie tego ścisnęło jej żołądek.
James Hellman i Rose Winters byli rodzeństwem.
ŁOOO.. NO TO SIĘ POROBIŁO
ZASKOCZENI CO? Nie wiem jak was, ale powiem szczerze, że mnie to zupełnie zbiło z tropu. Robi się coraz ciekawiej, nie sądzicie? A muszę wam zdradzić, że BĘDZIE JESZCZE CIEKAWIEJ :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)