Moi drodzy,
ze względu na to, że z Anią po prostu nie wyrabiamy się z terminami choćbyśmy nie wiem jak się starały i bez sensu, żebyście zawsze w czwartki czekali na rozdział albo posta o tym, że go nie będzie postanowiłyśmy, że rozdziały pojawiać się będą kiedy będą. W okolicach końca tygodnia/weekendu, ogólnie raz w tygodniu, chyba, że coś wypadnie. Przepraszamy was ale inaczej się po prostu nie da.
A tak poza tym to zapraszam na bloga z opowiadaniem naszej najwierniejszej czytelniczki Kasi;*
lifesaverfanfiction.blogspot.com
czwartek, 9 kwietnia 2015
piątek, 3 kwietnia 2015
Rozdział 9
Motelowe drzwi trzasnęły za nami, jak strzał, który uwalnia zniecierpliwionych biegaczy. Byliśmy zdenerwowani, ale biegliśmy jak do osiągnięcia jakiegoś celu lub zdobycia kawałka metalu. Biegliśmy, aby znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Powietrze było zimne i szczypało. Czułem jak coraz bardziej panikuję. Kiedy byliśmy dosyć daleko, Rose odezwała się. Jakby czytała mi w myślach.
- Co to do cholery było?- mówiła cicho, ale jej ton głosu brzmiał jakby krzyczała.
Potrząsnąłem głową i zacisnąłem szczękę. Byłem wściekły.
- Jego ciotka. Jego jebana ciotka. To musi być jakiś chory żart. - Chciałem krzyczeć, ale mój głos był cichy i szorstki. - Ja pierdole.
- Myślisz, że ona rozmawiała z panią Hellman?
- Jestem tego prawie pewien.- Próbowałem się otrząsnąć i przypomnieć sobie o czym rozmawiała. Mówiła o Jamesie. Tego byłem pewien na sto procent. Instytut, 'okropni kryminaliści', którzy go zamordowali, o czym innym mogła mówić jak nie o nas?
Ale to nie był największy problem. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że rozmawiała z panią Hellman. Przebiegliśmy kilometry za kilometrami od tamtego miejsca, byliśmy ostrożni. Myślałem, że chociaż na chwilę się jej pozbyliśmy. Ale oczywiście Wickendale nas prześladowało. Ona tam była, w tamtym pomieszczeniu, może nie fizycznie, ale była tam. Gdybym ja albo Rose się odezwali, gdyby ta kobieta nam się przyjrzała, byłoby po nas.
Za niedługo znajdziemy się na pierwszych stronach w większości gazet. Zaraz zauważą, że nie jesteśmy martwi, nasze zdjęcia będą wszędzie. Ta kobieta nas rozpozna. Będą o krok bliżej od złapania nas. Kurwa zajebiście.
ROSE
Rysy Harry'ego były spięte, myśli kłębiły się w jego głowie. Oczywiście wiedziałam o czym myślał, ponieważ ja myślałam o tym samym. Właśnie poznaliśmy ciotkę, mężczyzny, którego zabiliśmy, a ona nawet o tym nie wiedziała. To było przerażające, ale gorsze było to, że za niedługo ona nas rozpozna i powie to od razu pani Hellman.
Oboje milczeliśmy, gdy szliśmy przez bardziej zatłoczone miasto. Może to tylko była moja chora wyobraźnia, albo zbliżaliśmy się do centrum, ale wydawało mi sie, ze jest coraz wiecej ludzi na ulicach. Szliśmy dalej, pojawiały się kolejne budynki i jeszcze więcej ludzi, którzy chodzili tam i z powrotem. Mężczyzna idący do pracy, matka z dwójką dzieci. Wczoraj zobaczyliśmy tylko kilka osób, a teraz wydawało się jakby całe miasto zdecydowało się wyjść z domów.
Nie było nigdzie lasu, ani drogi ucieczki. Tylko budynki. Zabudowany teren wydawał się pełen normalnych ludzi z normalnymi życiami. Miałam nadzieję, że nikt nas nie rozpozna.
Ale każdy zaparkowany wzdłuż chodnika samochód, każda osoba otwierająca sklep, chłopiec sprzedający gazety mieli, które wydawało się, że za długo na nas patrzą. Jakby mieli jakiś cień podejrzeń, nie ważne jak niejasny i mglisty.
Ale odrzuciłam te myśli. Robię to samo, gdy widzę kogoś ubranego w coś nietypowego, albo o ciekawych rysach, patrzę za długo. Nie znaczyło to, że myślałam, że są uciekinierami. Chłopiec sprzedający gazetę, bez wątpienia był niewinny, ale przykuł moją uwagę. Było coś w tym co mówił. Nie słyszałam do końca przez hałas ulicy, ale jakoś udało mi się dosłyszeć. 'Wstrząsająca wiadomość! Wczoraj została zamordowana kobieta, tutaj w Ashbury! Wszystko do przeczytania w gazecie!'
Wpatrywałam się w niego dłużej niż powinnam. Coś było w tej wiadomości, telefonie z panią Hellman, moim śnie, że skumulowało się w wielki strach.
Oczywiście ten morderca nie miał z nami nic wspólnego, nawet nie byłam tym zszokowana. Tylko dodało to do mojego ponurego humoru kolejnego zmartwienia i chciałam jak najszybciej opuścić to miasto.
Spojrzałam na Harry'ego. Dziwnie milczał. Nie zauważał tego wszystkiego, nie obserwował co się dzieje wokół niego, był skupiony na swoich myślach. Zmarszczył brwi, przygryzł wargę i wpatrywał się w chodnik. Nie odzywał się, ani nie trzymał mojej dłoni. Jakby go tu nie było. Już chciałam spytać o to samo o co zawsze pytam: jaki mamy plan, co zrobimy, gdzie idziemy.
Ale tym razem wydawało mi się, że sam nie wiedział. Dlatego dałam mu spokój, żeby coś wymyślił. Szliśmy w ciszy przed siebie.
Zagłębialiśmy się bardziej w miasto, aż w końcu przerwy między budynkami zaczęły się zwiększać. Mniej aut jechało ulicą, mniej ludzi nas mijało. Przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut szliśmy zabudowanymi ulicami, by w końcu zamieniły się przedmieścia. Zauważyliśmy las do którego mogliśmy wrócić. Nawet jak wszyscy myślą, ze jesteśmy martwi, im mniej osób nas zauważy tym lepiej.
Po chwili, kiedy minęliśmy już tętniące życiem centrum, naszym oczom ukazało się więcej lasu. Na początku było to tylko kilka drzew tu i tam, ale im bardziej się oddalaliśmy tym bardziej pusto się robiło.
Więc tam właśnie udaliśmy się z Harrym. Szłam za nim, gdy kierował się w stronę czegoś w stylu drewnianego budynku, podchodząc do wejścia, jednak podążając dalej wzdłuż ściany na tyły. Sprawdził czy było czysto, a następnie pobiegliśmy szybko w stronę ochronnej warstwy drzew po małym wzgórzu. Trzęsłam się cały czas, zaciskając oczy, aby uniknąć kłującego śniegu i mroźnego wiatru.
W końcu udało nam się schronić w lesie. Wokół nas wciąż panowała cisza. Cienka warstwa śniegu zaczęła się tworzyć na zmrożonej ziemi. Ale tu nie było czuć zimna aż tak bardzo, gdyż drzewa osłaniały nas przed mroźnym wiatrem. Nasze byle jakie płaszcze i buty wystarczały, aby zapewnić nam komfort i cieszyć się pozytywnymi aspektami zimy. Świeże powietrze w naszych płucach, piękno lśniącego bielą otaczającego nas świata, zapach drewna sosnowego. To wszystko pomogło nieco uspokoić mój zestresowany umysł.
Ale nie wyglądało, żeby to pomogło Harry'emu. Spojrzałam na jego twarz, oświetloną przez promienie słońca przeświecające przez gałęzie drzew. Efekt był zapierający dech w piersiach. Wyglądał jakby cały promieniał, a spotęgował to dodatkowo jeden z jego wspaniałych uśmiechów rozjaśniających zawsze całą jego twarz. Ale jego wyraz twarzy nie był łagodny i zrelaksowany, tylko zestresowany, a mięśnie jego ramion spięte, zęby zaciśnięte, czoło zmarszczone.
Wyciągnęłam rękę i chwyciłam jego dłoń w swoją. Wyglądał na zaskoczonego dotykiem, jakby zapomniał, że też tam byłam.
- O czym myślisz? - zapytałam.
Spojrzał w dół na nasze złączone dłonie nieobecnym wzrokiem. Oblizał usta i popatrzył przed siebie.
- Gdzie chciałabyś mieszkać? - zapytał. Jego pytanie zbiło mnie z tropu.
- Co? - spytałam, aby upewnić się, że dobrze usłyszałam.
- Gdzie chciałabyś mieszkać, kiedy już skończymy uciekać? Gdziekolwiek, w jakimkolwiek państwie. - Jego wyraz twarzy wciąż zamyślony, był całkowicie poważny.
- Oh nie mam pojęcia - powiedziałam. Bardzo chciałam udzielić mu odpowiedzi, moje myśli biegały od miejsca do miejsca. Ale nie mogłam wymyślić niczego konkretnego. - Gdzieś gdzie jest słonecznie - zdecydowałam i zaczęłam kołysać naszymi dłońmi w przód i tył. - Gdzie będziemy mogli dużo przebywać na zewnątrz.
- Tak, zgadzam się - powiedział Harry, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Dlaczego się mnie o to pytasz? - zastanawiałam się.
- Tak tylko myślałem...o tym co powinniśmy zrobić.
- O czym jeszcze myślałeś
Westchnął.
- Musimy opuścić kraj. W końcu, kiedy już zorientują się, że nie jesteśmy martwi, będziemy musieli uciekać. I nawet jeśli przestaną nas szukać, a my przestaniemy uciekać, ciągle będziemy się bali, że ktoś nas rozpozna i wyda, albo wpadniemy na kogoś kogo znamy, jeśli tu zostaniemy. Mówię poważnie, już się to stało z jebaną siostrą pani Hellman. - I jego wyraz twarzy znów stał się kamienny.
- Jak opuścimy kraj? Na nogach? Samolotem?
- Tak - pokiwał głową - Samolotem. Wszędzie gdzie pójdziemy będą mogli nas namierzyć. Nie spodziewaliby się, że wsiądziemy w samolot, a może on nas zabrać w miejsce, w którym o nas nie słyszeli. Szanse, że nas znajdą są nikłe, jeśli uciekniemy do innego kraju.
- Okej, więc jak to zrobimy? Zdobędziemy pieniądze i fałszywe dokumenty i wszystko?
- Cóż - zaczął - Kiedy wyszedłem z Wickendale po raz pierwszy nie obracałem się w najlepszym towarzystwie. Miałem kumpla, z którym pracowałem, który zajmował się różnymi nielegalnymi rzeczami jak te, fałszywe dowody i tym podobne. Założę się, że zdobyłby dla nas paszporty.
- Naprawdę? - spytałam podekscytowana, ale Harry nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego - To świetnie, prawda?
Przejechał wolną ręką po swoich włosach zmartwiony.
- No...tak. Ale ehh... Ojciec Emily był naszym szefem. Zabiłby mnie od razu, gdyby mnie tam zobaczył. Każdy na tej małej gównianej farmie prawdopodobnie mną gardzi, myślą, że ją zabiłem. - Na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech, ale wiedziałam, że słowa sprawiają mu ból.
Oplotłam rękę, która nie trzymała dłoni Harry'ego wokół jego ręki, przytulając ją do siebie. Stałam krok za nim, tak że moje usta dotykały jego ramienia. Jego uśmiech zaczynał robić się szczery.
- Zawsze możemy spróbować - powiedziałam. - Albo może ja mogłabym z nim porozmawiać, twoim przyjacielem. Pewnie by mnie nie poznał.
Harry już otwierał usta, aby mi się sprzeciwić, więc kontynuowałam, zanim zdążył to zrobić.
- Ale potrzebowalibyśmy dużo pieniędzy, prawda? Musielibyśmy mu zapłacić. I za bilety lotnicze.
Harry zacisnął usta w wąską linię i skinął głową.
- To następny problem. Nie mamy nawet prawie tyle ile potrzebujemy.
Myślałam nad tym przez chwilę. To nie tak, że mogliśmy znaleźć pracę czy wyciągnąć z banku oszczędności czy coś. Nie mogliśmy nic sprzedać ani wyjść na ulicę i żebrać. I nie mogliśmy wmaszerować z powrotem do Wickendale i prosić Kelsey i Lori o pożyczkę. Nie mieliśmy żadnej opcji poza jedną.
- Będziemy musieli je ukraść.
- Tak - powiedział ze skruchą - Moglibyśmy zaplanować wielką kradzież, ale nie sądzę, żebyśmy mieli do tego odpowiedni ekwipunek. Więc moglibyśmy robić małe rzeczy, być dyskretnymi kieszonkowcami, kraść torebki, portfele. Zajmie więcej czasu, ale będzie mniej oczywiste.
Westchnęłam głęboko zaniepokojona. Nie podobał mi się ten pomysł, ale co innego moglibyśmy zrobić? Może byłam samolubna, ale wolałam, aby kilku ludzi straciło pieniądze, niż żebym miała wrócić do Wickendale i spędzić resztę mojego życia w strachu. Nawet jeśli ukradniemy pieniądze, nasze "ofiary" będą dalej żyć swoim życiem. A jeśli nie ukradniemy, nasze życia się skończą. Nie będziemy mogli zrobić nic innego, tylko uciekać i chować się, aż do dnia naszej śmierci.
Musieliśmy opuścić Anglię.
- Okej - oznajmiłam, starając się przyswoić informację o wielkim zadaniu, które nas czekało. - Więc co musimy zrobić teraz to znaleźć schronienie na każdą noc i uzupełniać zapasy, załatwić fałszywe paszporty i ukraść ponad 100 funtów, zanim będziemy mogli opuścić kraj bez wpadania w kłopoty.
Cholera.
Harry znów przejechał ręką po włosach, wypuszczając oddech, który, wydawało się, wstrzymywał przez dość długi czas.
- Tak myślę.
I po tych słowach, po tych dwóch zwykłych słowach, poczułam mieszankę różnych uczuć. Przerażenie i nadzieję, niechęć i podekscytowanie, zmartwienie i ulgę. Ponieważ mieliśmy plan. Tak, jest on bardzo trudny, ale nie niemożliwy do zrealizowania. To było coś, coś na co musieliśmy zapracować, cel do osiągnięcia. Wynik mógł być okropny, nawet śmiertelny. Ale mogło się to też skończyć, tak że ja i Harry leżymy na egzotycznej plaży popijając drinki. Żadnej policji, żadnych wiadomości o nas w gazetach, nikt kto mógłby nas poznać. I to było warte ryzyka.
Ale żadne z nas nie było wtedy jeszcze świadome w co się pakujemy. Miało to być dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażaliśmy. Czekały nas kłamstwa, ujawnione sekrety i będziemy musieli poświecić więcej niż przypuszczaliśmy.
- Co to do cholery było?- mówiła cicho, ale jej ton głosu brzmiał jakby krzyczała.
Potrząsnąłem głową i zacisnąłem szczękę. Byłem wściekły.
- Jego ciotka. Jego jebana ciotka. To musi być jakiś chory żart. - Chciałem krzyczeć, ale mój głos był cichy i szorstki. - Ja pierdole.
- Myślisz, że ona rozmawiała z panią Hellman?
- Jestem tego prawie pewien.- Próbowałem się otrząsnąć i przypomnieć sobie o czym rozmawiała. Mówiła o Jamesie. Tego byłem pewien na sto procent. Instytut, 'okropni kryminaliści', którzy go zamordowali, o czym innym mogła mówić jak nie o nas?
Ale to nie był największy problem. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że rozmawiała z panią Hellman. Przebiegliśmy kilometry za kilometrami od tamtego miejsca, byliśmy ostrożni. Myślałem, że chociaż na chwilę się jej pozbyliśmy. Ale oczywiście Wickendale nas prześladowało. Ona tam była, w tamtym pomieszczeniu, może nie fizycznie, ale była tam. Gdybym ja albo Rose się odezwali, gdyby ta kobieta nam się przyjrzała, byłoby po nas.
Za niedługo znajdziemy się na pierwszych stronach w większości gazet. Zaraz zauważą, że nie jesteśmy martwi, nasze zdjęcia będą wszędzie. Ta kobieta nas rozpozna. Będą o krok bliżej od złapania nas. Kurwa zajebiście.
ROSE
Rysy Harry'ego były spięte, myśli kłębiły się w jego głowie. Oczywiście wiedziałam o czym myślał, ponieważ ja myślałam o tym samym. Właśnie poznaliśmy ciotkę, mężczyzny, którego zabiliśmy, a ona nawet o tym nie wiedziała. To było przerażające, ale gorsze było to, że za niedługo ona nas rozpozna i powie to od razu pani Hellman.
Oboje milczeliśmy, gdy szliśmy przez bardziej zatłoczone miasto. Może to tylko była moja chora wyobraźnia, albo zbliżaliśmy się do centrum, ale wydawało mi sie, ze jest coraz wiecej ludzi na ulicach. Szliśmy dalej, pojawiały się kolejne budynki i jeszcze więcej ludzi, którzy chodzili tam i z powrotem. Mężczyzna idący do pracy, matka z dwójką dzieci. Wczoraj zobaczyliśmy tylko kilka osób, a teraz wydawało się jakby całe miasto zdecydowało się wyjść z domów.
Nie było nigdzie lasu, ani drogi ucieczki. Tylko budynki. Zabudowany teren wydawał się pełen normalnych ludzi z normalnymi życiami. Miałam nadzieję, że nikt nas nie rozpozna.
Ale każdy zaparkowany wzdłuż chodnika samochód, każda osoba otwierająca sklep, chłopiec sprzedający gazety mieli, które wydawało się, że za długo na nas patrzą. Jakby mieli jakiś cień podejrzeń, nie ważne jak niejasny i mglisty.
Ale odrzuciłam te myśli. Robię to samo, gdy widzę kogoś ubranego w coś nietypowego, albo o ciekawych rysach, patrzę za długo. Nie znaczyło to, że myślałam, że są uciekinierami. Chłopiec sprzedający gazetę, bez wątpienia był niewinny, ale przykuł moją uwagę. Było coś w tym co mówił. Nie słyszałam do końca przez hałas ulicy, ale jakoś udało mi się dosłyszeć. 'Wstrząsająca wiadomość! Wczoraj została zamordowana kobieta, tutaj w Ashbury! Wszystko do przeczytania w gazecie!'
Wpatrywałam się w niego dłużej niż powinnam. Coś było w tej wiadomości, telefonie z panią Hellman, moim śnie, że skumulowało się w wielki strach.
Oczywiście ten morderca nie miał z nami nic wspólnego, nawet nie byłam tym zszokowana. Tylko dodało to do mojego ponurego humoru kolejnego zmartwienia i chciałam jak najszybciej opuścić to miasto.
Spojrzałam na Harry'ego. Dziwnie milczał. Nie zauważał tego wszystkiego, nie obserwował co się dzieje wokół niego, był skupiony na swoich myślach. Zmarszczył brwi, przygryzł wargę i wpatrywał się w chodnik. Nie odzywał się, ani nie trzymał mojej dłoni. Jakby go tu nie było. Już chciałam spytać o to samo o co zawsze pytam: jaki mamy plan, co zrobimy, gdzie idziemy.
Ale tym razem wydawało mi się, że sam nie wiedział. Dlatego dałam mu spokój, żeby coś wymyślił. Szliśmy w ciszy przed siebie.
Zagłębialiśmy się bardziej w miasto, aż w końcu przerwy między budynkami zaczęły się zwiększać. Mniej aut jechało ulicą, mniej ludzi nas mijało. Przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut szliśmy zabudowanymi ulicami, by w końcu zamieniły się przedmieścia. Zauważyliśmy las do którego mogliśmy wrócić. Nawet jak wszyscy myślą, ze jesteśmy martwi, im mniej osób nas zauważy tym lepiej.
Więc tam właśnie udaliśmy się z Harrym. Szłam za nim, gdy kierował się w stronę czegoś w stylu drewnianego budynku, podchodząc do wejścia, jednak podążając dalej wzdłuż ściany na tyły. Sprawdził czy było czysto, a następnie pobiegliśmy szybko w stronę ochronnej warstwy drzew po małym wzgórzu. Trzęsłam się cały czas, zaciskając oczy, aby uniknąć kłującego śniegu i mroźnego wiatru.
W końcu udało nam się schronić w lesie. Wokół nas wciąż panowała cisza. Cienka warstwa śniegu zaczęła się tworzyć na zmrożonej ziemi. Ale tu nie było czuć zimna aż tak bardzo, gdyż drzewa osłaniały nas przed mroźnym wiatrem. Nasze byle jakie płaszcze i buty wystarczały, aby zapewnić nam komfort i cieszyć się pozytywnymi aspektami zimy. Świeże powietrze w naszych płucach, piękno lśniącego bielą otaczającego nas świata, zapach drewna sosnowego. To wszystko pomogło nieco uspokoić mój zestresowany umysł.
Ale nie wyglądało, żeby to pomogło Harry'emu. Spojrzałam na jego twarz, oświetloną przez promienie słońca przeświecające przez gałęzie drzew. Efekt był zapierający dech w piersiach. Wyglądał jakby cały promieniał, a spotęgował to dodatkowo jeden z jego wspaniałych uśmiechów rozjaśniających zawsze całą jego twarz. Ale jego wyraz twarzy nie był łagodny i zrelaksowany, tylko zestresowany, a mięśnie jego ramion spięte, zęby zaciśnięte, czoło zmarszczone.
Wyciągnęłam rękę i chwyciłam jego dłoń w swoją. Wyglądał na zaskoczonego dotykiem, jakby zapomniał, że też tam byłam.
- O czym myślisz? - zapytałam.
Spojrzał w dół na nasze złączone dłonie nieobecnym wzrokiem. Oblizał usta i popatrzył przed siebie.
- Gdzie chciałabyś mieszkać? - zapytał. Jego pytanie zbiło mnie z tropu.
- Co? - spytałam, aby upewnić się, że dobrze usłyszałam.
- Gdzie chciałabyś mieszkać, kiedy już skończymy uciekać? Gdziekolwiek, w jakimkolwiek państwie. - Jego wyraz twarzy wciąż zamyślony, był całkowicie poważny.
- Oh nie mam pojęcia - powiedziałam. Bardzo chciałam udzielić mu odpowiedzi, moje myśli biegały od miejsca do miejsca. Ale nie mogłam wymyślić niczego konkretnego. - Gdzieś gdzie jest słonecznie - zdecydowałam i zaczęłam kołysać naszymi dłońmi w przód i tył. - Gdzie będziemy mogli dużo przebywać na zewnątrz.
- Tak, zgadzam się - powiedział Harry, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Dlaczego się mnie o to pytasz? - zastanawiałam się.
- Tak tylko myślałem...o tym co powinniśmy zrobić.
- O czym jeszcze myślałeś
Westchnął.
- Musimy opuścić kraj. W końcu, kiedy już zorientują się, że nie jesteśmy martwi, będziemy musieli uciekać. I nawet jeśli przestaną nas szukać, a my przestaniemy uciekać, ciągle będziemy się bali, że ktoś nas rozpozna i wyda, albo wpadniemy na kogoś kogo znamy, jeśli tu zostaniemy. Mówię poważnie, już się to stało z jebaną siostrą pani Hellman. - I jego wyraz twarzy znów stał się kamienny.
- Jak opuścimy kraj? Na nogach? Samolotem?
- Tak - pokiwał głową - Samolotem. Wszędzie gdzie pójdziemy będą mogli nas namierzyć. Nie spodziewaliby się, że wsiądziemy w samolot, a może on nas zabrać w miejsce, w którym o nas nie słyszeli. Szanse, że nas znajdą są nikłe, jeśli uciekniemy do innego kraju.
- Okej, więc jak to zrobimy? Zdobędziemy pieniądze i fałszywe dokumenty i wszystko?
- Cóż - zaczął - Kiedy wyszedłem z Wickendale po raz pierwszy nie obracałem się w najlepszym towarzystwie. Miałem kumpla, z którym pracowałem, który zajmował się różnymi nielegalnymi rzeczami jak te, fałszywe dowody i tym podobne. Założę się, że zdobyłby dla nas paszporty.
- Naprawdę? - spytałam podekscytowana, ale Harry nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego - To świetnie, prawda?
Przejechał wolną ręką po swoich włosach zmartwiony.
- No...tak. Ale ehh... Ojciec Emily był naszym szefem. Zabiłby mnie od razu, gdyby mnie tam zobaczył. Każdy na tej małej gównianej farmie prawdopodobnie mną gardzi, myślą, że ją zabiłem. - Na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech, ale wiedziałam, że słowa sprawiają mu ból.
Oplotłam rękę, która nie trzymała dłoni Harry'ego wokół jego ręki, przytulając ją do siebie. Stałam krok za nim, tak że moje usta dotykały jego ramienia. Jego uśmiech zaczynał robić się szczery.
- Zawsze możemy spróbować - powiedziałam. - Albo może ja mogłabym z nim porozmawiać, twoim przyjacielem. Pewnie by mnie nie poznał.
Harry już otwierał usta, aby mi się sprzeciwić, więc kontynuowałam, zanim zdążył to zrobić.
- Ale potrzebowalibyśmy dużo pieniędzy, prawda? Musielibyśmy mu zapłacić. I za bilety lotnicze.
Harry zacisnął usta w wąską linię i skinął głową.
- To następny problem. Nie mamy nawet prawie tyle ile potrzebujemy.
Myślałam nad tym przez chwilę. To nie tak, że mogliśmy znaleźć pracę czy wyciągnąć z banku oszczędności czy coś. Nie mogliśmy nic sprzedać ani wyjść na ulicę i żebrać. I nie mogliśmy wmaszerować z powrotem do Wickendale i prosić Kelsey i Lori o pożyczkę. Nie mieliśmy żadnej opcji poza jedną.
- Będziemy musieli je ukraść.
- Tak - powiedział ze skruchą - Moglibyśmy zaplanować wielką kradzież, ale nie sądzę, żebyśmy mieli do tego odpowiedni ekwipunek. Więc moglibyśmy robić małe rzeczy, być dyskretnymi kieszonkowcami, kraść torebki, portfele. Zajmie więcej czasu, ale będzie mniej oczywiste.
Westchnęłam głęboko zaniepokojona. Nie podobał mi się ten pomysł, ale co innego moglibyśmy zrobić? Może byłam samolubna, ale wolałam, aby kilku ludzi straciło pieniądze, niż żebym miała wrócić do Wickendale i spędzić resztę mojego życia w strachu. Nawet jeśli ukradniemy pieniądze, nasze "ofiary" będą dalej żyć swoim życiem. A jeśli nie ukradniemy, nasze życia się skończą. Nie będziemy mogli zrobić nic innego, tylko uciekać i chować się, aż do dnia naszej śmierci.
Musieliśmy opuścić Anglię.
- Okej - oznajmiłam, starając się przyswoić informację o wielkim zadaniu, które nas czekało. - Więc co musimy zrobić teraz to znaleźć schronienie na każdą noc i uzupełniać zapasy, załatwić fałszywe paszporty i ukraść ponad 100 funtów, zanim będziemy mogli opuścić kraj bez wpadania w kłopoty.
Cholera.
Harry znów przejechał ręką po włosach, wypuszczając oddech, który, wydawało się, wstrzymywał przez dość długi czas.
- Tak myślę.
I po tych słowach, po tych dwóch zwykłych słowach, poczułam mieszankę różnych uczuć. Przerażenie i nadzieję, niechęć i podekscytowanie, zmartwienie i ulgę. Ponieważ mieliśmy plan. Tak, jest on bardzo trudny, ale nie niemożliwy do zrealizowania. To było coś, coś na co musieliśmy zapracować, cel do osiągnięcia. Wynik mógł być okropny, nawet śmiertelny. Ale mogło się to też skończyć, tak że ja i Harry leżymy na egzotycznej plaży popijając drinki. Żadnej policji, żadnych wiadomości o nas w gazetach, nikt kto mógłby nas poznać. I to było warte ryzyka.
Ale żadne z nas nie było wtedy jeszcze świadome w co się pakujemy. Miało to być dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażaliśmy. Czekały nas kłamstwa, ujawnione sekrety i będziemy musieli poświecić więcej niż przypuszczaliśmy.
piątek, 20 marca 2015
Rozdział 8
Noc minęła tak szybko jak białe chmury suną w lecie po niebie. Ogarnęła nas spokojem, ukoiła nasze umysły i zmęczone mięśnie równym biciem naszych serc i miękką pościelą. Ręce Harry'ego obejmowały mnie jakby chciał mnie chronić przed wszystkimi niebezpieczeństwami świata. Był to pierwszy raz kiedy spaliśmy razem w prawdziwym łóżku. Było to najlepsze miejsce, w którym spałam od bardzo dawna. Pomimo naszej sytuacji byłam zadowolona. Był to ten rodzaj zadowolenia, który wywoływał przypływ szczęścia i przyjemnych snów. I tu powstaje pytanie: dlaczego miałam takie straszne koszmary?
Mój zaspany umysł nie przeniósł mnie do Wickendale czy do lasu tak jak można było by się spodziewać. Nie było tam kobiety ze zniekształconymi nogami, pani Hellman, Normana lub Jamesa.
Byłam tylko ja. Stałam w kuchni pomalowanej na jasny żółty, przez okno świeciło słońce. Blat był biały i błyszczący, z wbudowanym metalowym zlewem. Drewniane szafki zawieszone były w całym pomieszczeniu sprawiając, że wyglądało przyjaźnie. Był to dom mój i Harry'ego. Nie potrzebowałam dowodów, po prostu to wiedziałam.
Będąc w tym "naszym domu" myłam talerz. Czułam się bardzo jak żona, z fartuchem zawiązanym w talii, gdy wykonywałam prace domowe. Jakby to była część codziennej rutyny, mycie tych naczyń. Najpierw ten talerz, później łyżeczka, następnie patelnia. Ale nagle coś przykuło moją uwagę. Za oknem, ponad zlewem zobaczyłam Harry'ego.
Prowadził czerwoną furgonetkę. W pewnym momencie naszło mnie jakaś dziwna obawa, jakby mój sen wiedział, że zdarzy się coś niedobrego i trzymał to przede mną w tajemnicy. Słońce schowało się za chmurami. Zniknął mi z oczu, jednak byłam świadoma jego obecności. Nie miało go być teraz w domu.
To mnie zaciekawiło, ale nie dlatego, że pragnęłam wiedzy, ale odkrycia mrocznego sekretu, który ewidentnie czyhał gdzieś w pobliżu. Więc odłożyłam naczynie, które aktualnie czyściłam. Zakręciłam wodę i wyszłam na zewnątrz. Widziałam jak jego furgonetka zbliża się do brzegu naszej posiadłości, prawie do lasu. I znów z dziwne uczucie zaniepokojenia, które pojawiało się tylko w snach, ścisnęło mi żołądek. Zaparkował w pobliżu szopy. Nigdy wcześniej do niej nie wchodziłam. Harry mówił mi jakieś tysiąc razy, żebym tam nie wchodziła. Jedno co wiedziałam, to że szopa była jego miejscem. Ale miałam dość jego rozkazywania mi, mój umysł podpowiadał mi, że to była moja własność tak samo jak jego. Dziś miałam się dowiedzieć jakie sekrety tam chował.
Moje stopy niosły mnie przez wyblakły trawnik, nie czułam osiadłej na nim rosy przez podeszwy butów. Zbliżałam się do małego budynku, moje serce biło coraz szybciej z każdym krokiem. Nie powinnam się bać, nie Harry'ego czy jego sekretu. Ale bałam się i nie mogłam nic na to poradzić. I mimo tego, że mój śpiący umysł mi wiele nie mówił, mówił, że miałam powód.
Byłam już pod drzwiami.
Drżącą ręką sięgnęłam klamki, już miałam jej dotknąć. Żaden z możliwych scenariuszy, który miałam w głowie - Harry krzyczący i wyrzucający mnie stamtąd za nieprzestrzeganie jego najświętszej reguły; zobaczenie go z inną kobietą - nie przygotował mnie na to co stało się, kiedy moja dłoń nacisnęła na klamkę. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka, szybko i sprawnie, aby nie zdążył mnie powstrzymać. Ale po tym jak obrzuciłam wzorkiem pomieszczenie, żałowałam, że tego nie zrobił.
Były tam ciała. Martwe ciała. Dziesiątki ciał leżało na ziemi. Ale to nie były zwykłe ciała, były zbyt znajome. Zbyt znajome, na tyle bliskie memu sercu, aby się rozpłakać na ich widok. Kelsey. Lori. Moja babcia. Emily. Nikt nie musiał mi mówić, że to ona, po prostu wiedziałam, opis Harry'ego wystarczył. Po prostu wiedziałam, czułam jakbym kiedyś z nią osobiście rozmawiała. Teraz to nie miało znaczenia. Wszyscy byli upiornie, makabrycznie martwi. Ich twarze były zupełnie białe, sino-blade. Wyglądali jak zombie, wypompowani z krwi i okradzeni z bijących serc. To było wszystko co widziałam, cała reszta była ukryta pod czarnymi workami. W końcu mój wzrok powędrował na ścianę na przeciwko, zrozumiałam dlaczego.
Dokładnie przede mną też były inne ciała. Ale nie całe, tylko ich kawałki.... kawałki ich skóry. Skóry, z której zostali oberwani, a teraz wisiała na ścianie. Grube warstwy, niektóre opalone, inne blade, przybite gwoźdźmi do drewna. To było chore, jakby to była pewnego rodzaju świątynia, trofea za jego osiągnięcia.
Jego. Był ktoś odpowiedzialny za to wszystko. Tak się złożyło, że była to osoba, z którą uciekłam, zaczęłam nowe życie, założyłam dom. To nie mogło być jego 'dzieło', mój Harry nie zrobiłby nigdy czegoś takiego.
Ale zrobił. Aż zauważyłam go, stojącego do mnie tyłem, grzebiącego w innej przeraźliwej kupie skóry. Wrzasnęłam.
To był błąd, wiedziałam to. Ale co mogłam zrobić innego w tej sytuacji?
Młotek upadł na podłogę. Harry nawet nie był zaniepokojony, nawet się nie odwrócił. Stał tak tyłem do mnie, spokojnie wziął oddech, zapewne z wściekłości. Potem powoli, bardzo powoli, aż moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi, odwrócił się.
- Mówiłem ci,- powiedział cicho- żebyś tu nie przychodziła.
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Za dużo rzeczy działo się wokół mnie. Chciałam wymiotować, krzyczeć, płakać, uciekać. Wszystko naraz. Jednak moje ciało nie wybrało żadnej z tych opcji, stałam jak zamurowana, pomimo moich starań aby uciec.
Podszedł bliżej.
- Przykro mi.- byłam zaskoczona, słysząc to, lekko zbita z tropu. Czy on powiedział 'przykro mi'? To była jego odpowiedź? Wytłumaczenie na jego potworną zbrodnię? A najgorsze było to, że kłamał. Jeśli naprawdę było mu przykro powiedziałby te słowa z poczuciem winy w głosie. Jego oczy były puste. Nie chciałam w nie patrzeć, ale nie miałam gdzie indziej poza przerażającymi ścianami ze skórą lub na martwe ciała leżące na ziemi.
- Rose? - zapytał. Zaczął iść w moją stronę. Jego rysy powróciły do normalnych. Wyglądał normalnie, jakbyśmy nie znajdywali się w pomieszczeniu pełnym martwych ciał. - To nic nie znaczy. To jest coś co robię, to nic nie zmienia między nami.- powiedział wskazując na nas.
Kiedy mu nie odpowiedziałam, zaczął panikować. Nagle jego głos stał się cichy i słaby.
- Rose, ty mnie nadal kochasz, prawda? - podszedł jeszcze bliżej. W jego oczach zauważyłam desperację. Wydymał wargi, a jego twarz spochmurniała. Przez chwilę wyglądał jak mały chłopczyk, jego palce powędrowały do mojej dłoni licząc na pocieszenie w moim dotyku.
Ale ja się nie dałam oszukać. Wyrwałam się od niego, od jego palców, które przed chwilą trzymały kawałki ludzkiej skóry.
Nagle fałszywa niewinność zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Jego twarz wykrzywiła się w złości, bo go odrzuciłam. Już nie czułam jego dłoni na mojej, ale poczułam jak ląduje z wielką siłą na mojej twarzy.
Poczułam to na policzku. Nie bardzo bolało fizycznie, ale sam fakt, że mnie uderzył, sprawił, że moje oczy rozszerzyły się ze strachu, łzy napłynęły mi do oczu. Był wściekły. Zanim się zorientowałam, rzucił się na mnie, a jego dłonie zacisnęły się na moim gardle. Krzyczał coś do mnie, zdania, których nie rozumiałam. Czułam jak ściskał mnie coraz mocniej i mocniej. Jego palce wbijały mi się w skórę, nie mogłam oddychać. Moje myśli były pomieszaniem paniki z niedowierzaniem. Jak mój Harry mógł coś takiego zrobić? Był moim szczęściem, bezpieczeństwem. A teraz był jak nóż przekuwający moje serce, które go kochało.
Próbowałam oddychać, złapać choć odrobinę powietrza. Rosło we mnie coraz większe przerażenie, gdy próbowałam się uwolnić, bijąc, kopiąc, wyrywając się. Brakowało mi coraz bardziej powietrza i w przeciągu kilku sekund, zemdlałam.
Obudziłam się, walcząc o oddech. Harry, kawałki skóry, ciała zostały na szczęście zamienione w ciemność, panującą w pokoju. Ale była to przyjemna ciemność, której potrzebowałam. Powoli dochodziły do mnie bodźce ze świata zewnętrznego.
Była miękka pościel, puchate poduszki, ciepło w okół mnie. Moje place powędrowały do mojej szyi. Wszystko było w porządku. To był tylko sen.
- Rose? - odezwał się ten sam głos z mojego koszmaru. Podskoczyłam ze strachu.
To był tylko sen, powtarzałam sobie. Koszmar był fikcją, a Harry, którego kochałam był prawdziwy i mnie wołał. Westchnęłam z ulgą.
- Wszystko dobrze? - zapytał mnie. W przeciągu kilku sekund siedział obok mnie i patrzył się na mnie z troską.
- Taa.- nadal oddychałam szybciej. - To był tylko zły sen.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę, zastanawiając się czy pytać mnie czy nie. Wyglądał jakby postanowił, ze jednak nie. W końcu wszedł do łóżka.
- Teraz już jestem z tobą. - powiedział, przytulając mnie. Objęłam go i położyłam głowę na jego ramieniu. Było to dość dziwne uczucie. Tulenie się do osoby, która była w moim koszmarze. Ale tamten to był inny Harry. Była to diabelska wersja jego, ale teraz pode mną leżał ten prawdziwy o zupełnie innej naturze.
- Śpij. - wyszeptał mi do ucha i mocniej przytulił. - Jestem tu, Rose i będę rano gdy się obudzisz.
Pogłaskał mnie po głowie, moje oczy przymknęły się od jego uspokajającego dotyku. Ale nie mogłam zasnąć.
- Harry?- zapytałam cicho.
- Tak?
- Co robiłeś gdy się obudziłam? Czemu nie byłeś w łóżku?
Zawahał się przez chwilę za nim odpowiedział.
- Wracałem z toalety. - odpowiedział spokojnie.
- Ah. - jego wypowiedź trochę mnie zdziwiła. Nie słyszałam żadnego ruchu gdy się obudziłam i nie były włączone żadne światła. Wyglądało na to jakby stał na środku pokoju. I było coś dziwnego w sposobie w jakim to powiedział. Coś w tonie jego głosu. Ale dlaczego by miał kłamać o tak błahą rzecz? Byłam chyba po prostu zmęczona, ledwo co rozumiałam własne myśli.
Harry musiał zauważyć mój skonsternowany wyraz twarzy.
- Wszystko w porządku?- zapytał, lekko trącając mnie nosem. - Hmmm?
Nie mogłam na to poradzić, ale szeroko się uśmiechnęłam.
- Tak.- powiedziałam i pocałowałam go w policzek, dla upewnienia go.
HARRY
Obudziłem się z dwoma wspaniałymi myślami. Pierwsza to wspomnienie małych ślicznych ust Rose wokół mnie, a druga to uczucie prawdziwego materaca, na którym leżałem. Czułem się znacznie lepiej niż jak przez ostatnie miesiące. Byliśmy bezpieczni, zdrowi, mieliśmy zapasy, a mieszkańcy miasta myśleli, że byliśmy martwi. Nie wspominając, że spaliśmy w prawdziwym łóżku, z wygodną pościelą w ogrzewanym budynku. Dla nas uciekinierów, życie było całkiem dobre.
Nadal byłem wdzięczny za wszystko, kiedy otwierałem oczy. Spojrzałem na dziewczynę, która praktycznie na mnie leżała, była najlepszą częścią tego wszystkiego. Nie mogłem przestać patrzeć na jej śpiącą twarz. Jej oczy były zamknięte, a usta lekko otwarte. Jej włosy leżały wszędzie i wyglądało na to, że nie mogłem przestać je głaskać. Wszystkie jej zmartwienia, cały stres naszej szarej codzienności zniknął. Zawsze wyglądała pięknie, ale szczególnie we śnie.
Gdy bawiłem się jej krótkimi włosami, otworzyła oczy. Spojrzała na mnie zmęczonymi oczami.
- Cześć kochanie.- powiedziałem zachrypniętym głosem.
- Mmm.- uśmiechnęła się i ponownie zamknęła oczy. Wtuliła się w mój tors.- Dzień dobry.
To była kolejna rzecz. Kochałem się przy niej budzić. Spędzanie z nią poranka sprawiało, że to wszytko było takie prawdziwe, na właściwym miejscu. Sprawiało, że to wszytko było tego warte. Wydawało się jakby te wszystkie niewinne poranki wzmacniały moją miłość do niej, były moimi ulubionymi chwilami spędzonymi z nią.
- Powinniśmy wstać?- zapytała, jej głos nadal był senny.
- Może. - powiedziałem.- Albo możemy zostać cały dzień w łóżku. - to byłby najlepszy wybór.
- Chciałabym, o której godzinie musimy opuścić pokój?
Wróciłem myślami do wczorajszego wieczora gdy braliśmy go od tego dupka.
- Nie jestem pewny czy nam powiedział, ale wydaje mi się, że około południa albo coś w tym stylu.- powiedziałem. W tym momencie oboje spojrzeliśmy na zegarek wiszący na ścianie.
- O mój Boże!- Rose krzyknęła. - Już jest jedenasta?!
- Wow- zaśmiałem się.- Na to wygląda.
- To chyba najdłużej jak spałam od kilku lat.- powiedziała. Tak samo było ze mną, nic nie przeszkodziło mi w spaniu jak tej nocy, co było nadzwyczajne. Po tym odwróciła się i wróciła do poprzedniej pozycji, czyli przytuliła się do mnie a głowę położyła na ramieniu. Leżeliśmy tak przez jakiś czas.
Jej usta dotknęły mojej skóry około minuty później.
- Powinniśmy naprawdę wstawać.- westchnęła.
Zajęczałem w proteście.
- Wstanę, ale tylko jeśli mi podasz moje papierosy.- powiedziałem.
Popatrzyła na mnie z drwiącym zdenerwowaniem, ześlizgnęła się ze mnie i wstała.
- Ugh, zawsze muszę ci podawać te twoje głupie papierosy.- złapała poduszkę i rzuciła nią we mnie. Trafiła prosto w twarz, aż się obudziłem do końca.
Zaśmiała się, stojąc tylko w moim podkoszulku.
- Przykro mi.- wzruszyła ramionami i zaczęła odchodzić. Ktoś tu był w dobrym humorze.
- Wcale nie jest ci przykro - powiedziałem, nagle wstając. Przesunąłem się na skraj łóżka, złapałem ją za biodra i przyciągnąłem do siebie. Rzuciłem ją na materac,uklęknąłem nad nią i przytrzymałem jej ręce, bo zaczęła mi się wyrywać. Ale moje nogi były na jej, więc była zupełnie unieruchomiona.
Zacząłem na niej mój bezlitosny atak, polegający na łaskotaniu jej brzucha. Piszczała i śmiała się, a ja nie mogłem na to nic poradzić i śmiałem się razem z nią.
- Harry przestań!- wykrztusiła. Ale to sprawiło, że kontynuowałem moje tortury podczas gdy ona próbowała się uwolnić. Moje palce wędrowały po jej całym ciele. Wyrywała się i wykręcała, a uśmiech rozjaśniał jej twarz. Ciągle ciągnęła mnie za ramiona, już prawie udało jej się uwolnić, ale złapałem jej nadgarstki i unieruchomiłem je jedną ręką.
Powoli ustępowałem. Rozkoszny śmiech Rose powoli przycichł, lecz wciąż leżała pode mną, a jej pierś unosiła się i opadała szybko. Była taka seksowna.
Nie mogłem się oprzeć i wpiłem się w jej rozchylone usta. Były miękkie i słodkie. Rozkoszowałem się tym. Pozwoliłem sobie mojej dłoni odpocząć na jej udzie, tuż poniżej brzegu jej T-shirtu. Druga ręka puściła jej nadgarstki, jednak została na materacu, abym mógł się na niej wesprzeć. Mój język wtargnął do jej ust.
Wplotła palce w moje włosy i przyciągnęła mnie do siebie. Nawet całowanie jej czy dotykanie w taki niewinny sposób sprawiało mi ogromną satysfakcję. Pojedynczy dotyk był niemal wystarczający, ale z drugiej strony nigdy nie miałem jej dość. Zawsze będę potrzebował więcej tej satysfakcji. Nie potrafiłem sobie wyobrazić żebyśmy się mieli zestarzeć i przestać pragnąć siebie tak jak teraz. Zarówno teraz jak i kiedy będziemy po trzydziestce będę chciał dalej odkrywać zakamarki jej ciała.
Ale niestety już nie było teraz na to czasu. Rose odsunęła się pierwsza, mały uśmieszek widoczny był na jej lekko spuchniętych wargach.
- Powinniśmy się zbierać - wyszeptała, jej niebieskie oczy pełne były uczucia.
Skinąłem, całując ją jeden ostatni raz,
- Ciąg dalszy nastąpi. - obiecałem.
Zaśmiała się i w końcu wyszliśmy z łóżka i zaczęliśmy pakować nasze rzeczy. Rose zatrzymała moją koszulkę, więc włożyłem jedyną, którą jeszcze miałem w torbie, też z krótkim rękawkiem. Czarną tym razem. Ubraliśmy się i nawrzucaliśmy jak najwięcej się dało do naszych wypakowanych po brzegi toreb - szampon, odżywkę, narzutę. Zjedliśmy śniadanie składające się z wody i bananów, umyliśmy zęby i opuściliśmy pokój. Część mnie martwiła się, że możemy nie mieć tyle szczęścia i znów napotkać motel na swojej drodze, ale zatrzymywanie się na zbyt długo w jednym miejscu mogło być niebezpieczne.
Więc wyruszyliśmy. Ubrani w kurtki i z plecakami na ramionach, udaliśmy się do lobby. Miałem nadzieję, że gnojka z wczoraj dziś nie będzie.
I rzeczywiście, nie zobaczyłem go. Zamiast niego przy biurku stała potężna, starsza kobieta. Jej wyraz twarzy wyrażał skupienie na rozmowie, którą prowadziła przez telefon.
- Kto to jest? - wyszeptała Rose. - Nie wygląda ci znajomo?
Próbowałem sobie przypomnieć, ale jej twarz nic mi nie mówiła.
- Nie - potrząsnąłem głową i podszedłem do biurka.
- Co oni zrobili? - pracownica zapytała do telefonu. Zauważyła mnie i włożyła go między ucho a ramię, grzebiąc w szufladzie. Kabel wydawał się jej to utrudniać, ale dała radę. Poświęciła mi tylko na tyle uwagi, żeby położyć przede mną jakieś papiery do wypełnienia i długopis. Ja także nie miałem zamiaru zwracać na nią uwagi, jednak coś w jej konwersacji ją przyciągnęło.
- Wszystko z nim dobrze? - powiedziała znów do telefonu. Osoba po drugiej stronie linii mówiła przez dłuższą chwilę, zanim wypuściła długi oddech. Po czym zaczęła płakać. Ta rozmowa to z pewnością nie były przyjacielskie ploteczki. Udawałem, że nie widzę, starając się wymyślić zmyślony adres zamieszkania do wpisania na formularzu. Ale ciągle nasłuchiwałem i wiem, że Rose robiła to samo.
- Jak to się stało? Nie było w pobliżu żadnych strażników?
Na początku byłem tylko zainteresowany, a teraz z ciekawością wsłuchiwałem się w każdy szczegół.
- Dlaczego by mieli coś takiego zrobić? James był dobrym dzieckiem, nie zasłużył na to - powiedziała przez łzy.
Przestałem pisać. Co do cholery?
- Jest tylko moim siostrzeńcem, nie mogę sobie wyobrazić jak ty musisz się czuć; twój syn... Wiedziałam, że prowadzenie tego instytutu było złym pomysłem, wiedziałam.
Instytut?
Skończyłem wypełniać formularz. Położyłem klucz na biurku i obserwowałem kobietę. Zauważyła i skinęła głową, zabierając papier.
Moje myśli szalały. Szybko chwyciłem Rose za rękę, wyciągając ją stamtąd najszybciej jak mogłem. Ale nie odważyłem się powiedzieć słowa.
Ponieważ z tego co udało mi się usłyszeć, poznaliśmy właśnie ciotkę Jamesa Hellmana. Ja go zabiłem, ja byłem powodem jej płaczu. Miałem wrażenie jakby w każdej chwili mogła to sobie uświadomić.
Ale co gorsza, rozmawiała przez telefon z kobietą, która najbardziej na świecie chciała nas złapać.
Mój zaspany umysł nie przeniósł mnie do Wickendale czy do lasu tak jak można było by się spodziewać. Nie było tam kobiety ze zniekształconymi nogami, pani Hellman, Normana lub Jamesa.
Byłam tylko ja. Stałam w kuchni pomalowanej na jasny żółty, przez okno świeciło słońce. Blat był biały i błyszczący, z wbudowanym metalowym zlewem. Drewniane szafki zawieszone były w całym pomieszczeniu sprawiając, że wyglądało przyjaźnie. Był to dom mój i Harry'ego. Nie potrzebowałam dowodów, po prostu to wiedziałam.
Prowadził czerwoną furgonetkę. W pewnym momencie naszło mnie jakaś dziwna obawa, jakby mój sen wiedział, że zdarzy się coś niedobrego i trzymał to przede mną w tajemnicy. Słońce schowało się za chmurami. Zniknął mi z oczu, jednak byłam świadoma jego obecności. Nie miało go być teraz w domu.
To mnie zaciekawiło, ale nie dlatego, że pragnęłam wiedzy, ale odkrycia mrocznego sekretu, który ewidentnie czyhał gdzieś w pobliżu. Więc odłożyłam naczynie, które aktualnie czyściłam. Zakręciłam wodę i wyszłam na zewnątrz. Widziałam jak jego furgonetka zbliża się do brzegu naszej posiadłości, prawie do lasu. I znów z dziwne uczucie zaniepokojenia, które pojawiało się tylko w snach, ścisnęło mi żołądek. Zaparkował w pobliżu szopy. Nigdy wcześniej do niej nie wchodziłam. Harry mówił mi jakieś tysiąc razy, żebym tam nie wchodziła. Jedno co wiedziałam, to że szopa była jego miejscem. Ale miałam dość jego rozkazywania mi, mój umysł podpowiadał mi, że to była moja własność tak samo jak jego. Dziś miałam się dowiedzieć jakie sekrety tam chował.
Moje stopy niosły mnie przez wyblakły trawnik, nie czułam osiadłej na nim rosy przez podeszwy butów. Zbliżałam się do małego budynku, moje serce biło coraz szybciej z każdym krokiem. Nie powinnam się bać, nie Harry'ego czy jego sekretu. Ale bałam się i nie mogłam nic na to poradzić. I mimo tego, że mój śpiący umysł mi wiele nie mówił, mówił, że miałam powód.
Byłam już pod drzwiami.
Drżącą ręką sięgnęłam klamki, już miałam jej dotknąć. Żaden z możliwych scenariuszy, który miałam w głowie - Harry krzyczący i wyrzucający mnie stamtąd za nieprzestrzeganie jego najświętszej reguły; zobaczenie go z inną kobietą - nie przygotował mnie na to co stało się, kiedy moja dłoń nacisnęła na klamkę. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka, szybko i sprawnie, aby nie zdążył mnie powstrzymać. Ale po tym jak obrzuciłam wzorkiem pomieszczenie, żałowałam, że tego nie zrobił.
Były tam ciała. Martwe ciała. Dziesiątki ciał leżało na ziemi. Ale to nie były zwykłe ciała, były zbyt znajome. Zbyt znajome, na tyle bliskie memu sercu, aby się rozpłakać na ich widok. Kelsey. Lori. Moja babcia. Emily. Nikt nie musiał mi mówić, że to ona, po prostu wiedziałam, opis Harry'ego wystarczył. Po prostu wiedziałam, czułam jakbym kiedyś z nią osobiście rozmawiała. Teraz to nie miało znaczenia. Wszyscy byli upiornie, makabrycznie martwi. Ich twarze były zupełnie białe, sino-blade. Wyglądali jak zombie, wypompowani z krwi i okradzeni z bijących serc. To było wszystko co widziałam, cała reszta była ukryta pod czarnymi workami. W końcu mój wzrok powędrował na ścianę na przeciwko, zrozumiałam dlaczego.
Dokładnie przede mną też były inne ciała. Ale nie całe, tylko ich kawałki.... kawałki ich skóry. Skóry, z której zostali oberwani, a teraz wisiała na ścianie. Grube warstwy, niektóre opalone, inne blade, przybite gwoźdźmi do drewna. To było chore, jakby to była pewnego rodzaju świątynia, trofea za jego osiągnięcia.
Jego. Był ktoś odpowiedzialny za to wszystko. Tak się złożyło, że była to osoba, z którą uciekłam, zaczęłam nowe życie, założyłam dom. To nie mogło być jego 'dzieło', mój Harry nie zrobiłby nigdy czegoś takiego.
Ale zrobił. Aż zauważyłam go, stojącego do mnie tyłem, grzebiącego w innej przeraźliwej kupie skóry. Wrzasnęłam.
To był błąd, wiedziałam to. Ale co mogłam zrobić innego w tej sytuacji?
Młotek upadł na podłogę. Harry nawet nie był zaniepokojony, nawet się nie odwrócił. Stał tak tyłem do mnie, spokojnie wziął oddech, zapewne z wściekłości. Potem powoli, bardzo powoli, aż moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi, odwrócił się.
- Mówiłem ci,- powiedział cicho- żebyś tu nie przychodziła.
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Za dużo rzeczy działo się wokół mnie. Chciałam wymiotować, krzyczeć, płakać, uciekać. Wszystko naraz. Jednak moje ciało nie wybrało żadnej z tych opcji, stałam jak zamurowana, pomimo moich starań aby uciec.
Podszedł bliżej.
- Przykro mi.- byłam zaskoczona, słysząc to, lekko zbita z tropu. Czy on powiedział 'przykro mi'? To była jego odpowiedź? Wytłumaczenie na jego potworną zbrodnię? A najgorsze było to, że kłamał. Jeśli naprawdę było mu przykro powiedziałby te słowa z poczuciem winy w głosie. Jego oczy były puste. Nie chciałam w nie patrzeć, ale nie miałam gdzie indziej poza przerażającymi ścianami ze skórą lub na martwe ciała leżące na ziemi.
- Rose? - zapytał. Zaczął iść w moją stronę. Jego rysy powróciły do normalnych. Wyglądał normalnie, jakbyśmy nie znajdywali się w pomieszczeniu pełnym martwych ciał. - To nic nie znaczy. To jest coś co robię, to nic nie zmienia między nami.- powiedział wskazując na nas.
Kiedy mu nie odpowiedziałam, zaczął panikować. Nagle jego głos stał się cichy i słaby.
- Rose, ty mnie nadal kochasz, prawda? - podszedł jeszcze bliżej. W jego oczach zauważyłam desperację. Wydymał wargi, a jego twarz spochmurniała. Przez chwilę wyglądał jak mały chłopczyk, jego palce powędrowały do mojej dłoni licząc na pocieszenie w moim dotyku.
Ale ja się nie dałam oszukać. Wyrwałam się od niego, od jego palców, które przed chwilą trzymały kawałki ludzkiej skóry.
Nagle fałszywa niewinność zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Jego twarz wykrzywiła się w złości, bo go odrzuciłam. Już nie czułam jego dłoni na mojej, ale poczułam jak ląduje z wielką siłą na mojej twarzy.
Poczułam to na policzku. Nie bardzo bolało fizycznie, ale sam fakt, że mnie uderzył, sprawił, że moje oczy rozszerzyły się ze strachu, łzy napłynęły mi do oczu. Był wściekły. Zanim się zorientowałam, rzucił się na mnie, a jego dłonie zacisnęły się na moim gardle. Krzyczał coś do mnie, zdania, których nie rozumiałam. Czułam jak ściskał mnie coraz mocniej i mocniej. Jego palce wbijały mi się w skórę, nie mogłam oddychać. Moje myśli były pomieszaniem paniki z niedowierzaniem. Jak mój Harry mógł coś takiego zrobić? Był moim szczęściem, bezpieczeństwem. A teraz był jak nóż przekuwający moje serce, które go kochało.
Próbowałam oddychać, złapać choć odrobinę powietrza. Rosło we mnie coraz większe przerażenie, gdy próbowałam się uwolnić, bijąc, kopiąc, wyrywając się. Brakowało mi coraz bardziej powietrza i w przeciągu kilku sekund, zemdlałam.
Obudziłam się, walcząc o oddech. Harry, kawałki skóry, ciała zostały na szczęście zamienione w ciemność, panującą w pokoju. Ale była to przyjemna ciemność, której potrzebowałam. Powoli dochodziły do mnie bodźce ze świata zewnętrznego.
Była miękka pościel, puchate poduszki, ciepło w okół mnie. Moje place powędrowały do mojej szyi. Wszystko było w porządku. To był tylko sen.
- Rose? - odezwał się ten sam głos z mojego koszmaru. Podskoczyłam ze strachu.
To był tylko sen, powtarzałam sobie. Koszmar był fikcją, a Harry, którego kochałam był prawdziwy i mnie wołał. Westchnęłam z ulgą.
- Wszystko dobrze? - zapytał mnie. W przeciągu kilku sekund siedział obok mnie i patrzył się na mnie z troską.
- Taa.- nadal oddychałam szybciej. - To był tylko zły sen.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę, zastanawiając się czy pytać mnie czy nie. Wyglądał jakby postanowił, ze jednak nie. W końcu wszedł do łóżka.
- Teraz już jestem z tobą. - powiedział, przytulając mnie. Objęłam go i położyłam głowę na jego ramieniu. Było to dość dziwne uczucie. Tulenie się do osoby, która była w moim koszmarze. Ale tamten to był inny Harry. Była to diabelska wersja jego, ale teraz pode mną leżał ten prawdziwy o zupełnie innej naturze.
- Śpij. - wyszeptał mi do ucha i mocniej przytulił. - Jestem tu, Rose i będę rano gdy się obudzisz.
Pogłaskał mnie po głowie, moje oczy przymknęły się od jego uspokajającego dotyku. Ale nie mogłam zasnąć.
- Harry?- zapytałam cicho.
- Tak?
- Co robiłeś gdy się obudziłam? Czemu nie byłeś w łóżku?
Zawahał się przez chwilę za nim odpowiedział.
- Wracałem z toalety. - odpowiedział spokojnie.
- Ah. - jego wypowiedź trochę mnie zdziwiła. Nie słyszałam żadnego ruchu gdy się obudziłam i nie były włączone żadne światła. Wyglądało na to jakby stał na środku pokoju. I było coś dziwnego w sposobie w jakim to powiedział. Coś w tonie jego głosu. Ale dlaczego by miał kłamać o tak błahą rzecz? Byłam chyba po prostu zmęczona, ledwo co rozumiałam własne myśli.
Harry musiał zauważyć mój skonsternowany wyraz twarzy.
- Wszystko w porządku?- zapytał, lekko trącając mnie nosem. - Hmmm?
Nie mogłam na to poradzić, ale szeroko się uśmiechnęłam.
- Tak.- powiedziałam i pocałowałam go w policzek, dla upewnienia go.
HARRY
Obudziłem się z dwoma wspaniałymi myślami. Pierwsza to wspomnienie małych ślicznych ust Rose wokół mnie, a druga to uczucie prawdziwego materaca, na którym leżałem. Czułem się znacznie lepiej niż jak przez ostatnie miesiące. Byliśmy bezpieczni, zdrowi, mieliśmy zapasy, a mieszkańcy miasta myśleli, że byliśmy martwi. Nie wspominając, że spaliśmy w prawdziwym łóżku, z wygodną pościelą w ogrzewanym budynku. Dla nas uciekinierów, życie było całkiem dobre.
Nadal byłem wdzięczny za wszystko, kiedy otwierałem oczy. Spojrzałem na dziewczynę, która praktycznie na mnie leżała, była najlepszą częścią tego wszystkiego. Nie mogłem przestać patrzeć na jej śpiącą twarz. Jej oczy były zamknięte, a usta lekko otwarte. Jej włosy leżały wszędzie i wyglądało na to, że nie mogłem przestać je głaskać. Wszystkie jej zmartwienia, cały stres naszej szarej codzienności zniknął. Zawsze wyglądała pięknie, ale szczególnie we śnie.
Gdy bawiłem się jej krótkimi włosami, otworzyła oczy. Spojrzała na mnie zmęczonymi oczami.
- Cześć kochanie.- powiedziałem zachrypniętym głosem.
- Mmm.- uśmiechnęła się i ponownie zamknęła oczy. Wtuliła się w mój tors.- Dzień dobry.
To była kolejna rzecz. Kochałem się przy niej budzić. Spędzanie z nią poranka sprawiało, że to wszytko było takie prawdziwe, na właściwym miejscu. Sprawiało, że to wszytko było tego warte. Wydawało się jakby te wszystkie niewinne poranki wzmacniały moją miłość do niej, były moimi ulubionymi chwilami spędzonymi z nią.
- Powinniśmy wstać?- zapytała, jej głos nadal był senny.
- Może. - powiedziałem.- Albo możemy zostać cały dzień w łóżku. - to byłby najlepszy wybór.
- Chciałabym, o której godzinie musimy opuścić pokój?
Wróciłem myślami do wczorajszego wieczora gdy braliśmy go od tego dupka.
- Nie jestem pewny czy nam powiedział, ale wydaje mi się, że około południa albo coś w tym stylu.- powiedziałem. W tym momencie oboje spojrzeliśmy na zegarek wiszący na ścianie.
- O mój Boże!- Rose krzyknęła. - Już jest jedenasta?!
- Wow- zaśmiałem się.- Na to wygląda.
- To chyba najdłużej jak spałam od kilku lat.- powiedziała. Tak samo było ze mną, nic nie przeszkodziło mi w spaniu jak tej nocy, co było nadzwyczajne. Po tym odwróciła się i wróciła do poprzedniej pozycji, czyli przytuliła się do mnie a głowę położyła na ramieniu. Leżeliśmy tak przez jakiś czas.
Jej usta dotknęły mojej skóry około minuty później.
- Powinniśmy naprawdę wstawać.- westchnęła.
Zajęczałem w proteście.
- Wstanę, ale tylko jeśli mi podasz moje papierosy.- powiedziałem.
Popatrzyła na mnie z drwiącym zdenerwowaniem, ześlizgnęła się ze mnie i wstała.
- Ugh, zawsze muszę ci podawać te twoje głupie papierosy.- złapała poduszkę i rzuciła nią we mnie. Trafiła prosto w twarz, aż się obudziłem do końca.
Zaśmiała się, stojąc tylko w moim podkoszulku.
- Przykro mi.- wzruszyła ramionami i zaczęła odchodzić. Ktoś tu był w dobrym humorze.
- Wcale nie jest ci przykro - powiedziałem, nagle wstając. Przesunąłem się na skraj łóżka, złapałem ją za biodra i przyciągnąłem do siebie. Rzuciłem ją na materac,uklęknąłem nad nią i przytrzymałem jej ręce, bo zaczęła mi się wyrywać. Ale moje nogi były na jej, więc była zupełnie unieruchomiona.
Zacząłem na niej mój bezlitosny atak, polegający na łaskotaniu jej brzucha. Piszczała i śmiała się, a ja nie mogłem na to nic poradzić i śmiałem się razem z nią.
- Harry przestań!- wykrztusiła. Ale to sprawiło, że kontynuowałem moje tortury podczas gdy ona próbowała się uwolnić. Moje palce wędrowały po jej całym ciele. Wyrywała się i wykręcała, a uśmiech rozjaśniał jej twarz. Ciągle ciągnęła mnie za ramiona, już prawie udało jej się uwolnić, ale złapałem jej nadgarstki i unieruchomiłem je jedną ręką.
Powoli ustępowałem. Rozkoszny śmiech Rose powoli przycichł, lecz wciąż leżała pode mną, a jej pierś unosiła się i opadała szybko. Była taka seksowna.
Nie mogłem się oprzeć i wpiłem się w jej rozchylone usta. Były miękkie i słodkie. Rozkoszowałem się tym. Pozwoliłem sobie mojej dłoni odpocząć na jej udzie, tuż poniżej brzegu jej T-shirtu. Druga ręka puściła jej nadgarstki, jednak została na materacu, abym mógł się na niej wesprzeć. Mój język wtargnął do jej ust.
Wplotła palce w moje włosy i przyciągnęła mnie do siebie. Nawet całowanie jej czy dotykanie w taki niewinny sposób sprawiało mi ogromną satysfakcję. Pojedynczy dotyk był niemal wystarczający, ale z drugiej strony nigdy nie miałem jej dość. Zawsze będę potrzebował więcej tej satysfakcji. Nie potrafiłem sobie wyobrazić żebyśmy się mieli zestarzeć i przestać pragnąć siebie tak jak teraz. Zarówno teraz jak i kiedy będziemy po trzydziestce będę chciał dalej odkrywać zakamarki jej ciała.
Ale niestety już nie było teraz na to czasu. Rose odsunęła się pierwsza, mały uśmieszek widoczny był na jej lekko spuchniętych wargach.
- Powinniśmy się zbierać - wyszeptała, jej niebieskie oczy pełne były uczucia.
Skinąłem, całując ją jeden ostatni raz,
- Ciąg dalszy nastąpi. - obiecałem.
Zaśmiała się i w końcu wyszliśmy z łóżka i zaczęliśmy pakować nasze rzeczy. Rose zatrzymała moją koszulkę, więc włożyłem jedyną, którą jeszcze miałem w torbie, też z krótkim rękawkiem. Czarną tym razem. Ubraliśmy się i nawrzucaliśmy jak najwięcej się dało do naszych wypakowanych po brzegi toreb - szampon, odżywkę, narzutę. Zjedliśmy śniadanie składające się z wody i bananów, umyliśmy zęby i opuściliśmy pokój. Część mnie martwiła się, że możemy nie mieć tyle szczęścia i znów napotkać motel na swojej drodze, ale zatrzymywanie się na zbyt długo w jednym miejscu mogło być niebezpieczne.
Więc wyruszyliśmy. Ubrani w kurtki i z plecakami na ramionach, udaliśmy się do lobby. Miałem nadzieję, że gnojka z wczoraj dziś nie będzie.
I rzeczywiście, nie zobaczyłem go. Zamiast niego przy biurku stała potężna, starsza kobieta. Jej wyraz twarzy wyrażał skupienie na rozmowie, którą prowadziła przez telefon.
- Kto to jest? - wyszeptała Rose. - Nie wygląda ci znajomo?
Próbowałem sobie przypomnieć, ale jej twarz nic mi nie mówiła.
- Nie - potrząsnąłem głową i podszedłem do biurka.
- Co oni zrobili? - pracownica zapytała do telefonu. Zauważyła mnie i włożyła go między ucho a ramię, grzebiąc w szufladzie. Kabel wydawał się jej to utrudniać, ale dała radę. Poświęciła mi tylko na tyle uwagi, żeby położyć przede mną jakieś papiery do wypełnienia i długopis. Ja także nie miałem zamiaru zwracać na nią uwagi, jednak coś w jej konwersacji ją przyciągnęło.
- Wszystko z nim dobrze? - powiedziała znów do telefonu. Osoba po drugiej stronie linii mówiła przez dłuższą chwilę, zanim wypuściła długi oddech. Po czym zaczęła płakać. Ta rozmowa to z pewnością nie były przyjacielskie ploteczki. Udawałem, że nie widzę, starając się wymyślić zmyślony adres zamieszkania do wpisania na formularzu. Ale ciągle nasłuchiwałem i wiem, że Rose robiła to samo.
- Jak to się stało? Nie było w pobliżu żadnych strażników?
Na początku byłem tylko zainteresowany, a teraz z ciekawością wsłuchiwałem się w każdy szczegół.
- Dlaczego by mieli coś takiego zrobić? James był dobrym dzieckiem, nie zasłużył na to - powiedziała przez łzy.
Przestałem pisać. Co do cholery?
- Jest tylko moim siostrzeńcem, nie mogę sobie wyobrazić jak ty musisz się czuć; twój syn... Wiedziałam, że prowadzenie tego instytutu było złym pomysłem, wiedziałam.
Instytut?
Skończyłem wypełniać formularz. Położyłem klucz na biurku i obserwowałem kobietę. Zauważyła i skinęła głową, zabierając papier.
Moje myśli szalały. Szybko chwyciłem Rose za rękę, wyciągając ją stamtąd najszybciej jak mogłem. Ale nie odważyłem się powiedzieć słowa.
Ponieważ z tego co udało mi się usłyszeć, poznaliśmy właśnie ciotkę Jamesa Hellmana. Ja go zabiłem, ja byłem powodem jej płaczu. Miałem wrażenie jakby w każdej chwili mogła to sobie uświadomić.
Ale co gorsza, rozmawiała przez telefon z kobietą, która najbardziej na świecie chciała nas złapać.
niedziela, 15 marca 2015
Rozdział 7 part 2
Moje oczy spojrzały na jego już nabrzmiałego członka. Nie za bardzo wiedziałam co robić dalej, ale nie byłam, aż tak zdenerwowana jak myślałam. Pozwoliłam sobie posłuchać intuicji. Jedną dłoń położyłam na jego biodrze, a drugą przesuwałam w górę i w dół; było słychać ciche pojękiwania Harry'ego. Miałam bardzo ograniczoną wiedzę w tym temacie, ale odgłosy wydawane przez Harry'ego podpowiadały mi, że robię to dobrze.
Dotknęłam kciukiem główki, a Harry wciągnął głośno powietrze. Przejechałam po niej palcem, a on wydał gardłowy jęk. Jego reakcje podpowiadały mi co robić i dodawały odwagi.
- Rose. - odezwał się, ale przez zaciśniętą szczękę i pięści zabrzmiało to jak żądanie. Abym posunęła się dalej. Ale nie posłuchałam od razu. Chciałam być w końcu tym kto rządzi, tym przez którego poczuje się sfrustrowany. Choć przez chwilę. Moja dłoń zaczęła, poruszać się w tę i z powrotem po całej jego długości, aż usłyszałam zduszony jęk wydostający się z pomiędzy jego zaciśniętych warg. Jego biodra wysunęły się do przodu, pragnąc więcej.
- Kurwa, kochanie, proszę. - błagał.
Spojrzałam mu w oczy, które były pełne pożądania, gdy przygryzał dolną wargę. Pogłaskał moją dłoń i ścisnął ją uspokajająco. Po tym, wzięłam go do ust. Było to dosyć dziwne uczucie, ale nie czekałam aż się przyzwyczaję, ignorując odruch wymiotny. Zaczęłam ssać. Harry wydawał zduszone jęki. Później oddychał coraz szybciej, ledwo łapał oddech.
- Kurwa.
Nie za bardzo wiedziałam co robię ani co mam dalej robić, polegałam na intuicji. Gorąca woda, jęki Harry'ego powodowały, że nastrój był zbyt erotyczny, żebym była zawstydzona czy obawiała się czegoś. Powoli wysunęłam go z ust i językiem przejechałam po całej jego długości. Lekko zassałam główkę i ponownie włożyłam go do ust. Harry zamruczał z podziwu. Jego palce instynktownie odnalazły moje włosy. Dyszał bez ustanku. Był to 'ten' seksowny dźwięk, który powodował, że chciałam wziąć go więcej i więcej. Wypychał swoje biodra do przodu i lekko nimi poruszał.
- Cholera, Rose, nie przestawaj.- wysapał.
Oparł swoją głowę o ścianę, oczy miał przymknięte. Kochałam to. Kochałam jego reakcję na mnie, na moje czyny. Dźwięki, które z siebie wydawał udowadniały to, że reagował na mnie tak samo jak ja na niego. Był tak samo bezsilny. Kochałam to, że miałam nad nim kontrolę.
- Kochanie ja, ja zaraz dojdę..- powiedział zachrypniętym głosem. Delikatnie odsunął mnie, a jego członek wysunął się z moich ust, ale po chwili położył na nim moją dłoń. Wiedziałam czego chciał. Przyspieszałam ruchy dłonią za każdym jego jęknięciem. Harry przytrzymał się ściany, żeby się nie przewrócić. Poczułam jak drgnął gdy doszedł. Zacisnął mocniej oczy i krzyknął moje imię.
Nagle nie mogłam oddychać. Był taki zniewalający. Jego czerwone usta, wyraźna szczęka, wyćwiczone mięśnie, jego włosy, jego zachrypnięty głos. To wszystko odebrało mi dech w piersiach.
Przygryzłam wargę, gdy patrzyłam na chłopaka nade mną, dając mu moment na dojście do siebie. Jego oddech powoli się uspokoił, cały się zrelaksował. W końcu otworzył oczy i spojrzał na mnie.
- Chodź tu.- wyciągnął dłoń i pomógł mi wstać. Oparł swoje czoło o moje i objął mnie. - Jesteś pewna, że nigdy tego nie robiłaś?- Harry zapytał, lekki uśmiech pojawił się na jego ustach.
- Tak.- zachichotałam. - Jestem pewna. Jak było?
Zaśmiał się z mojego pytania.
- Nieziemsko.- wymamrotał z wielkim uśmiechem i pocałował mnie. Jego palce zaczęły się zniżać w stronę moich bioder. Robił kółka na mojej skórze. Byłam w stanie zgadnąć co chciał zrobić, po intensywności jego oczu wpatrzonych we mnie.
Ale złapałam jego nadgarstki, aby go powstrzymać.
- W porządku. - powiedziałam. Widzenie jego spełnienia było wystarczające. Nie potrzebowałam zaspokojenia. Jedyne czego potrzebowałam to położyć się z nim, przytulić się do niego w prawdziwym łóżku.
- Jesteś pewna?- zapytał.
Przytaknęłam i uśmiechnęłam się lekko.
Pocałował mnie delikatnie w czoło i odsunął się.
- W takim razie, chodźmy do łóżka, kochanie.
Wyszedł spod prysznica. Poczekałam chwilę i jeszcze przez moment stałam pod strumieniem wody, która stała się chłodniejsza od naszego długiego lania jej. Odłożyłam mydło i buteleczkę po szamponie i zakręciłam wodę. Odsłoniłam zasłonkę i ujrzałam Harry'ego z ręcznikiem na biodrach. Wyszczerzył się i przytrzymał dla mnie ręcznik. Podeszłam do niego, a on owinął go wokół mojego ciało. Zaśmiałam się gdy zaczął pocierać moje ramiona, aby mnie wysuszyć. Wyszyliśmy z łazienki i zamknęliśmy za sobą drzwi. Harry podszedł do swojej torby, aby wyciągnąć świeżą bieliznę. Zrzucił z siebie ręcznik i założył bokserki, kiedy ja robiłam to samo.
- Możesz mi dać jeden twój podkoszulek, kochanie?- zapytałam.
- Kochanie? - powtórzył. Jego uśmiech się powiększył, gdy podawał mi jeden ze swoich białych podkoszulków.
- Co?- zapytałam. Lekki rumieniec zalał moje policzki. Odwróciłam się twarzą do niego, cała naga od pasa w górę. Szybko wzięłam od niego koszulkę i założyłam ją na siebie.
- Nic. Podoba mi się to.
Popatrzyłam na niego uśmiechając się. Założyłam pasmo włosów za ucho. Była jakaś iskierka w jego oczach, gdy na mnie patrzył, sam też się uśmiechał.
- Boże, ale jesteś piękna. - powiedział nagle z podziwem w głosie. Nie mówił tego z pożądania, a raczej ze szczęścia, że byłam tu z nim.
Oczywiście zarumieniłam się i pocałowałam go w policzek.
- Chodź, słońce. - uśmiechnął się. Objął moje ramiona jedną ręką, a drugą nogi i podniósł mnie. Pisnęłam, gdyż nie spodziewałam się tego. Podszedł do łózka i zrzucił mnie na poduszki i pościel. Sięgnął po wyłącznik lampki i ciemność zalała pomieszczenie.
- Przesuń się.- powiedział, śmiejąc się. Przesunęłam się na koniec łóżka i wślizgnęłam się pod kołdrę. Harry zrobił to samo i położył się obok mnie. Odwrócił się do mnie i przytulił mnie mocno do swojego torsu. Ścisnęłam mocniej kołdrę i otuliłam nas, a nogi splotłam z jego.
- To jest niesamowite. - Harry powiedział z uśmiechem na twarzy, który sprawiał że wyglądał młodziej. Oczy miał zamknięte ze szczęścia. Pewnie przez czystą pościel.
- Wiem. - zgodziłam się. - To jest o niebo lepsze od spania na ziemi albo na tych okropnych materacach w szpitalu.- powiedziałam zrelaksowana. To uczucie było dla mnie obce od dawna.
Harry nie odpowiedział przez jakiś czas. Jego uśmiech powoli znikał z jego twarzy, a zastępował go poważny wyraz.
- Nie martw się, coś wymyślę. - powiedział cicho.
- Oh, nie miałam tego na myśli.- zaczęłam, bo nie chciałam, aby Harry myślał choć przez chwilę, że cała ta sytuacja jest przez niego. Żadna z tych potwornych nocy nie była jego winą.
- Nie, wiem.- powiedział.- Ale coś wykombinuję. Naprawię to.
Jego palce powoli głaskały moje plecy, uspokajając mnie. Pocałowałam jego klatkę. Jego uścisk był moim schronieniem.
- Wezmę nas gdzieś gdzie nie będziemy musieli uciekać, gdzie nie będziesz się bała. Opuścimy jakoś kraj i uciekniemy gdzieś daleko.
Pokiwałam głową, na myśl o takim miejscu, poczułam, ze zbierają mi się łzy. Nawet przez jeden dzień od kiedy spotkałam Harry'ego nie mieliśmy chwili spokoju, chwili bez groźby śmierci wiszącej nad nami. Czy nie przeszliśmy wystarczająco dużo? Czy Harry nie przeszedł wystarczająco dużo?
Nie zauważyłam kiedy Harry się odsunął, aby widzieć całą moją twarz.
- Nie płacz, skarbie, proszę cię, nie płacz. - jego usta scałowywały łzy spływające po moich policzkach. Jakby chciał zdjąć ze mnie trochę bólu. - Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnąłem.- wyszeptał prawie z winą w głosie.
Pokręciłam głową, przełknęłam gule w gardle.
- Nie mów tak, Harry.- powiedziałam mu stanowczo. Ostatnią rzeczą, którą powinien robić to obwiniać siebie. - Nie ważne co się stanie, cieszę się, że jest tak jak jest.
Uśmiechnął się słodko, a jego oczy zaświeciły się od mojego wyznania. Jego usta spotkały moje w delikatnym, ale pełnym uczucia pocałunku.
- Kocham cię. - wyszeptał, jego twarz była milimetry od mojej.
- Ja ciebie też kocham. - odpowiedziałam, a motyle w brzuchu zaczęły wariować, jakby to był pierwszy raz kiedy to mówię. Pocałował mnie po raz ostatni w czoło.
- Do spania. - powiedział, przytulając mnie mocniej. - Jesteś ze mną bezpieczna. Obronię cię.
Pozwoliłam tym słowom ukoić mnie do snu. Moje myśli powędrowały ku nam leżącym na plaży gdzieś daleko stąd.
-------------------------------------
Dotknęłam kciukiem główki, a Harry wciągnął głośno powietrze. Przejechałam po niej palcem, a on wydał gardłowy jęk. Jego reakcje podpowiadały mi co robić i dodawały odwagi.
- Rose. - odezwał się, ale przez zaciśniętą szczękę i pięści zabrzmiało to jak żądanie. Abym posunęła się dalej. Ale nie posłuchałam od razu. Chciałam być w końcu tym kto rządzi, tym przez którego poczuje się sfrustrowany. Choć przez chwilę. Moja dłoń zaczęła, poruszać się w tę i z powrotem po całej jego długości, aż usłyszałam zduszony jęk wydostający się z pomiędzy jego zaciśniętych warg. Jego biodra wysunęły się do przodu, pragnąc więcej.
- Kurwa, kochanie, proszę. - błagał.
Spojrzałam mu w oczy, które były pełne pożądania, gdy przygryzał dolną wargę. Pogłaskał moją dłoń i ścisnął ją uspokajająco. Po tym, wzięłam go do ust. Było to dosyć dziwne uczucie, ale nie czekałam aż się przyzwyczaję, ignorując odruch wymiotny. Zaczęłam ssać. Harry wydawał zduszone jęki. Później oddychał coraz szybciej, ledwo łapał oddech.
- Kurwa.
Nie za bardzo wiedziałam co robię ani co mam dalej robić, polegałam na intuicji. Gorąca woda, jęki Harry'ego powodowały, że nastrój był zbyt erotyczny, żebym była zawstydzona czy obawiała się czegoś. Powoli wysunęłam go z ust i językiem przejechałam po całej jego długości. Lekko zassałam główkę i ponownie włożyłam go do ust. Harry zamruczał z podziwu. Jego palce instynktownie odnalazły moje włosy. Dyszał bez ustanku. Był to 'ten' seksowny dźwięk, który powodował, że chciałam wziąć go więcej i więcej. Wypychał swoje biodra do przodu i lekko nimi poruszał.
- Cholera, Rose, nie przestawaj.- wysapał.
Oparł swoją głowę o ścianę, oczy miał przymknięte. Kochałam to. Kochałam jego reakcję na mnie, na moje czyny. Dźwięki, które z siebie wydawał udowadniały to, że reagował na mnie tak samo jak ja na niego. Był tak samo bezsilny. Kochałam to, że miałam nad nim kontrolę.
- Kochanie ja, ja zaraz dojdę..- powiedział zachrypniętym głosem. Delikatnie odsunął mnie, a jego członek wysunął się z moich ust, ale po chwili położył na nim moją dłoń. Wiedziałam czego chciał. Przyspieszałam ruchy dłonią za każdym jego jęknięciem. Harry przytrzymał się ściany, żeby się nie przewrócić. Poczułam jak drgnął gdy doszedł. Zacisnął mocniej oczy i krzyknął moje imię.
Nagle nie mogłam oddychać. Był taki zniewalający. Jego czerwone usta, wyraźna szczęka, wyćwiczone mięśnie, jego włosy, jego zachrypnięty głos. To wszystko odebrało mi dech w piersiach.
Przygryzłam wargę, gdy patrzyłam na chłopaka nade mną, dając mu moment na dojście do siebie. Jego oddech powoli się uspokoił, cały się zrelaksował. W końcu otworzył oczy i spojrzał na mnie.
- Chodź tu.- wyciągnął dłoń i pomógł mi wstać. Oparł swoje czoło o moje i objął mnie. - Jesteś pewna, że nigdy tego nie robiłaś?- Harry zapytał, lekki uśmiech pojawił się na jego ustach.
- Tak.- zachichotałam. - Jestem pewna. Jak było?
Zaśmiał się z mojego pytania.
- Nieziemsko.- wymamrotał z wielkim uśmiechem i pocałował mnie. Jego palce zaczęły się zniżać w stronę moich bioder. Robił kółka na mojej skórze. Byłam w stanie zgadnąć co chciał zrobić, po intensywności jego oczu wpatrzonych we mnie.
Ale złapałam jego nadgarstki, aby go powstrzymać.
- W porządku. - powiedziałam. Widzenie jego spełnienia było wystarczające. Nie potrzebowałam zaspokojenia. Jedyne czego potrzebowałam to położyć się z nim, przytulić się do niego w prawdziwym łóżku.
- Jesteś pewna?- zapytał.
Przytaknęłam i uśmiechnęłam się lekko.
Pocałował mnie delikatnie w czoło i odsunął się.
- W takim razie, chodźmy do łóżka, kochanie.
Wyszedł spod prysznica. Poczekałam chwilę i jeszcze przez moment stałam pod strumieniem wody, która stała się chłodniejsza od naszego długiego lania jej. Odłożyłam mydło i buteleczkę po szamponie i zakręciłam wodę. Odsłoniłam zasłonkę i ujrzałam Harry'ego z ręcznikiem na biodrach. Wyszczerzył się i przytrzymał dla mnie ręcznik. Podeszłam do niego, a on owinął go wokół mojego ciało. Zaśmiałam się gdy zaczął pocierać moje ramiona, aby mnie wysuszyć. Wyszyliśmy z łazienki i zamknęliśmy za sobą drzwi. Harry podszedł do swojej torby, aby wyciągnąć świeżą bieliznę. Zrzucił z siebie ręcznik i założył bokserki, kiedy ja robiłam to samo.
- Możesz mi dać jeden twój podkoszulek, kochanie?- zapytałam.
- Kochanie? - powtórzył. Jego uśmiech się powiększył, gdy podawał mi jeden ze swoich białych podkoszulków.
- Co?- zapytałam. Lekki rumieniec zalał moje policzki. Odwróciłam się twarzą do niego, cała naga od pasa w górę. Szybko wzięłam od niego koszulkę i założyłam ją na siebie.
- Nic. Podoba mi się to.
Popatrzyłam na niego uśmiechając się. Założyłam pasmo włosów za ucho. Była jakaś iskierka w jego oczach, gdy na mnie patrzył, sam też się uśmiechał.
- Boże, ale jesteś piękna. - powiedział nagle z podziwem w głosie. Nie mówił tego z pożądania, a raczej ze szczęścia, że byłam tu z nim.
Oczywiście zarumieniłam się i pocałowałam go w policzek.
- Chodź, słońce. - uśmiechnął się. Objął moje ramiona jedną ręką, a drugą nogi i podniósł mnie. Pisnęłam, gdyż nie spodziewałam się tego. Podszedł do łózka i zrzucił mnie na poduszki i pościel. Sięgnął po wyłącznik lampki i ciemność zalała pomieszczenie.
- Przesuń się.- powiedział, śmiejąc się. Przesunęłam się na koniec łóżka i wślizgnęłam się pod kołdrę. Harry zrobił to samo i położył się obok mnie. Odwrócił się do mnie i przytulił mnie mocno do swojego torsu. Ścisnęłam mocniej kołdrę i otuliłam nas, a nogi splotłam z jego.
- To jest niesamowite. - Harry powiedział z uśmiechem na twarzy, który sprawiał że wyglądał młodziej. Oczy miał zamknięte ze szczęścia. Pewnie przez czystą pościel.
- Wiem. - zgodziłam się. - To jest o niebo lepsze od spania na ziemi albo na tych okropnych materacach w szpitalu.- powiedziałam zrelaksowana. To uczucie było dla mnie obce od dawna.
Harry nie odpowiedział przez jakiś czas. Jego uśmiech powoli znikał z jego twarzy, a zastępował go poważny wyraz.
- Nie martw się, coś wymyślę. - powiedział cicho.
- Oh, nie miałam tego na myśli.- zaczęłam, bo nie chciałam, aby Harry myślał choć przez chwilę, że cała ta sytuacja jest przez niego. Żadna z tych potwornych nocy nie była jego winą.
- Nie, wiem.- powiedział.- Ale coś wykombinuję. Naprawię to.
Jego palce powoli głaskały moje plecy, uspokajając mnie. Pocałowałam jego klatkę. Jego uścisk był moim schronieniem.
- Wezmę nas gdzieś gdzie nie będziemy musieli uciekać, gdzie nie będziesz się bała. Opuścimy jakoś kraj i uciekniemy gdzieś daleko.
Pokiwałam głową, na myśl o takim miejscu, poczułam, ze zbierają mi się łzy. Nawet przez jeden dzień od kiedy spotkałam Harry'ego nie mieliśmy chwili spokoju, chwili bez groźby śmierci wiszącej nad nami. Czy nie przeszliśmy wystarczająco dużo? Czy Harry nie przeszedł wystarczająco dużo?
Nie zauważyłam kiedy Harry się odsunął, aby widzieć całą moją twarz.
- Nie płacz, skarbie, proszę cię, nie płacz. - jego usta scałowywały łzy spływające po moich policzkach. Jakby chciał zdjąć ze mnie trochę bólu. - Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnąłem.- wyszeptał prawie z winą w głosie.
Pokręciłam głową, przełknęłam gule w gardle.
- Nie mów tak, Harry.- powiedziałam mu stanowczo. Ostatnią rzeczą, którą powinien robić to obwiniać siebie. - Nie ważne co się stanie, cieszę się, że jest tak jak jest.
Uśmiechnął się słodko, a jego oczy zaświeciły się od mojego wyznania. Jego usta spotkały moje w delikatnym, ale pełnym uczucia pocałunku.
- Kocham cię. - wyszeptał, jego twarz była milimetry od mojej.
- Ja ciebie też kocham. - odpowiedziałam, a motyle w brzuchu zaczęły wariować, jakby to był pierwszy raz kiedy to mówię. Pocałował mnie po raz ostatni w czoło.
- Do spania. - powiedział, przytulając mnie mocniej. - Jesteś ze mną bezpieczna. Obronię cię.
Pozwoliłam tym słowom ukoić mnie do snu. Moje myśli powędrowały ku nam leżącym na plaży gdzieś daleko stąd.
-------------------------------------
czwartek, 12 marca 2015
OGŁOSZENIE
Baaardzo was przepraszamy, ale niestety dzisiaj nie dodamy rozdziału. :(
Powód oczywisty: straszna masa nauki, zadań i wszystkiego złego co nam szkoła oferuje. School sucks. :/
Obiecujemy, że dodamy rozdział jak najszybciej! Warto czekać ^^
Także do zobaczenia, a teraz znikam się uczyć i robić zadanka z matmy <3
Ciao! ~Ania x
Subskrybuj:
Posty (Atom)