sobota, 26 września 2015

ROZDZIAŁ 13 CZ. 2

Harry i ja byliśmy gotowi. Robiliśmy to w gorączkowym pośpiechu.  Mieliśmy nadzieję, że skończymy, zanim ktokolwiek będzie chciał skorzystać z łazienki.

Zamoczyłam ręce w wodzie, zmierzwiłam mokrymi dłoniami moje włosy, aby nadać im więcej objętości. Użyłam palców by wygładzić linię moich brwi, zwilżyłam usta, i włożyłam w spodnie moją koszulkę, co poprawiło nieco mój wygląd.  Podeszłam do mojej torby, grzebiąc w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, kiedy Harry stał przed lustrem.

Związywał właśnie swoje włosy opaską z kawałka materiału. Nigdy nie widziałam żeby tak robił. I chociaż kochałam jego opadające na twarz loki, w takiej fryzurze wyglądał niebiańsko. Znalazłam w torbie zbożowy batonik. Nie przypuszczałam nawet, że jestem aż taka głodna, dopóki mój baton nie zniknął z dłoni w przeciągu kilku sekund.

-Skończyłem. -Harry powiedział sam do siebie.

Byłam zbyt zajęta sobą i jedzeniem, ale kiedy się odwróciłam, moje oczy szeroko się otwarły. Szczęka mi opadła i przeszył mnie przyjemny dreszcz.

Harry stał za mną, a ja dziękowałam w duchu za to, że mnie nie widział. Zamurowało mnie, Harry wyglądał jak jakiś celebryta. Miał na sobie biały podkoszulek, który mocno przylegał do jego klatki piersiowej. Podwinął nogawki swoich ciasnych spodni, nadając im więcej stylu. To wszystko sprawiało, że nie mogłam przestać się na niego gapić. Zapalił papierosa i hipnotyzująco się nim zaciągnął, wypuszczając po chwili ogromną smugę dymu.

-Święty Boże.. Wyglądasz gorąco. -To wszystko co mogłam z siebie wydusić.

 Harry zaśmiał się ukazując swoje lśniące zęby i dołeczki w policzkach. Nagle uświadomiłam sobie, że ten człowiek należy tylko do mnie. Poczułam się przytłoczona, jakby spadły na mnie tony cegieł.
-Ty też. -Powiedział, nie powstrzymując swojego uśmiechu.

-Jesteś gotowa, skarbie?
-Tak, tak. -Odparłam, pozbywając się myśli o Harry'm. -Jeszcze tylko jedna rzecz.

Moje włosy wyglądały teraz na bardziej uniesione, podeszłam do lustra i postanowiłam związać je w kucyka. Wyglądały o niebo lepiej.

Pomimo tego, że mieliśmy na sobie zwyczajne koszulki, dżinsy i kurtki, miałam nadzieję, że wyglądamy choć trochę przyzwoicie, nadal mając na ramionach nasze torby. Opuściliśmy budynek tak szybko i dyskretnie jak tylko było to możliwe.

Noc była cholernie zimna, kiedy szliśmy z Harry'm trzymając się za ręce. Zaczęłam rozmyślać nad tym jakby to było, gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach. Jako normalni ludzie, bez ekstremalnych przeżyć. Moglibyśmy chodzić na takie randki przez cały czas. Wychodzić do restauracji, oglądać mecze i podróżować bez żadnych problemów. Ale kto wie, może kiedyś zaznamy takiego życia. Kiedyś.

Przypomniało mi się kiedy ostatni raz byłam na randce. To nie było to samo, poszliśmy wtedy w nocy do wesołego miasteczka z..

Wzdrygnęłam się, przypominając sobie jego zakrwawione ciało. Chciałam zapomnieć o tamtej nocy raz na zawsze. Niestety to wspomnienie nigdy mnie nie opuszczało.

-Jest ci zimno? -Pytanie Harry'ego przywróciło mnie do rzeczywistości.
Rozłączył nasze dłonie, by objąć mnie swoimi ramionami.
-Trochę. -Odparłam, pozwalając mu uwierzyć w to, że to był powód, przez który przeszedł mnie dreszcz.

-Myślę, że możemy pójść tam, wygląda dosyć tłoczno. -Wskazałam na większy budynek znajdujący się niedaleko. Zbierało się przy nim mnóstwo młodych ludzi.

-Ale pewnie jest tam drogo, nie chcemy przecież tak szybko wydać naszych pieniędzy.
-No tak, racja. Zapomniałam o tym, że mamy ważniejsze wydatki. -Powiedziałam przepraszająco.
-W porządku. Nie martw się tym, kochanie. -Cmoknął mnie w skroń.

Chciałam go pocałować, ale coś  zwróciło moją uwagę.

-Słyszałeś to? -Zapytałam. To był słaby, stłumiony brzęk. Dochodził zza ściany budynku.
 Dźwięk przyjemnej melodii jazzu.
-Tak. -Powiedział, uśmiechając się i wsłuchując. To definitywnie był klub taneczny. Wyłonił się z ciemności, oświetlając nam wejście.

-Czekaj. -Harry powiedział, pociągając mnie wzdłuż licznych, ułożonych w perfekcyjną linę budynków.  Ostatni z nich był naszym klubem. Krzewy ozdabiały ścieżkę do głównego wejścia. Harry zsunął z ramion plecak i rozejrzał się wokół, upewniając się, że nikt nas nie widzi i dyskretnie schował torbę pomiędzy krzewami. Uważnie go obserwowałam i po chwili zrobiłam to samo co on. W ciemności alejka wyglądała na wąską i z pewnością nikt przechodzący nie zauważy ukrytych bagaży.

Zbliżaliśmy się do dudniącej muzyki. W pobliżu stało niewielu ludzi, ubranych w ciepłe płaszcze , czapki i rękawiczki. Wszyscy czekali na wejście do środka.

Ustaliśmy w kolejce. Dłużyła się zygzakiem, aż do wejścia. Każdy wokół wydawał się mieć po dwadzieścia lat, przynajmniej na tyle wyglądali. Mimo tego, że znajdowaliśmy się na przedmieściach Londynu, gromadziły się tu dziesiątki ludzi. Przeczuwałam, że będziemy się tu świetnie bawić.

Ale mimo wszystko byłam trochę przestraszona przebywając wśród tylu ludzi. Zamknęłam usta skupiając się na tym, że jesteśmy coraz bliżej wejścia. Czułam coraz większe napięcie, które zniknęło w momencie, gdy spotkaliśmy mężczyznę sprzedającego bilety.

-Dla was obojga? -Zapytał.
-Tak, poproszę. -Odpowiedział Harry.
Facet zanotował coś w swoim zeszycie.
-Dwa funty.

Harry wyjął pieniądze z kieszeni i zapłacił. Mężczyzna przytaknął dając nam pozwolenie na wejście, otwierając jednocześnie drzwi.

Jesteśmy w środku.

Nasze spojrzenia były pełne podziwu. Pomieszczenie było duże i obszerne, największą przestrzeń wypełniał olbrzymi, drewniany parkiet. Znajdowały się tam stoliki na drinki  i jedzenie, obok był bar, a za nim prawdopodobnie kuchnia, nie mogłam jej zobaczyć, gdyż znajdowała się za ścianą. Z drugiej strony była mała scena, na której zespół grał szybkie, radosne piosenki. Dźwięk trąbek, saksofonów i perkusji nadawały mocnego rytmu. Ludzie śmiali się, rozmawiali, jedli i tańczyli. Nie czułam się teraz niekomfortowo czy coś z tych rzeczy. Ludzie byli zajęci sobą i nikt nie zwracał na nas uwagi, dzięki temu moje obawy zniknęły. Nikt nawet nie przypuszczał, że w tym miejscu, właśnie teraz znajdują się uciekinierzy z Wickendale.

Dopiero teraz poczułam, że tutaj jestem. To była zupełnie inna energia, niż ta z koszmarnej instytucji, czy lasu i to nadawało mojemu sercu szybszego tempa.

Nagle Harry złapał mnie za ręce i położył je na swojej klatce piersiowej. Słyszałam tylko kroki tańczących wokół mnie osób i dźwięk huczącej jazzowej piosenki.

-Zechce pani ze mną zatańczyć? -Zapytał, z trudem powstrzymując uśmiech.

Przytaknęłam, szeroko się uśmiechając. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał na mnie trzymając swoją dolną wargę pomiędzy zębami. Po czym porwał mnie do tańca.

Byliśmy spokojni, swobodnie poruszając się razem wśród tylu ludzi. Stali się naszym kamuflażem. W prawdzie, wszyscy byli ubrani ładniej niż my, ale kogo to tak właściwie obchodziło? Nie martwiłam się tym, po prostu tańczyłam z Harry'm.

Dałam się ponieść. Czułam się niesamowicie i miałam nadzieję, że Harry też się tak czuł. Ruszałam swoim ciałem w rytm muzyki, kołysałam się w tył i w przód. Nagle Harry się zatrzymał, jakby niepewny tego, co ma robić.

Jego usta rozciągnęły się w szeroką linię, uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie bliżej. Złapał mnie w pasie i obniżył moje ciało w dół, a potem w górę. Podniósł moją rękę tak, bym mogła okręcić się pod jego ramieniem. Wydałam z siebie piszczący okrzyk, nie spodziewałam się, że potrafi tak świetnie tańczyć. Zaśmiał się, osuwając swoją dłoń na moją talię. Przybliżyłam się do jego klatki piersiowej, odchylając się w tył i w przód. Nie mogłam przestać się śmiać, moja dłoń złapała jego koszulkę by zachować równowagę w tak szybkich ruchach.

-Zobacz na to. -Powiedziałam głośno, by przekrzyczeć muzykę.

Chwyciłam jego rękę, i rozłożyłam nasze ramiona szeroko. Przytaknął rozpoznając, co mam na myśli. Opuściłam swoje ciało w dół i szybko prześlizgnęłam się na podłodze tuż pod jego nogami. Mocny uścisk Harry'ego upewniał mnie w przekonaniu, że nie pozwoli mi upaść. Prędko pociągnął mnie w górę, a ja prosto stanęłam na nogi.

Nie mogłam stłumić szerokiego uśmiechu na moich ustach. Harry jedną ręką wciąż trzymał moją dłoń, a drugą moją talię. Moje ręce nadal obejmowały jego ramiona, nasze ciała w dalszym ciągu poruszały się w rytmie muzyki.

-Chcę czegoś spróbować! -Harry próbował przekrzyczeć grający zespół.
-Co? -Zapytałam, ale zanim słowa zdołały opuścić moje usta, zsunął swoje ramię na moje plecy a drugie na kolano, podnosząc mnie w górę. Pochylił mnie do tyłu, a ja poczułam się niezwykle, żadna część mnie nie dotykała ziemi, nie kontrolowałam swojego ciała. To było niesamowite uczucie. Uśmiechnęłam się w chwili, gdy Harry postawił mnie na podłodze.

Chciałam powiedzieć mu, że zwariował, ale donośny głos rozbrzmiewający w głośnikach mi przerwał.

-No dobra ludzie, pora trochę zwolnić tempo. -Piosenkarz powiedział do mikrofonu, roznosząc echo w pomieszczeniu. Zaczęli grać wolną, jazzową piosenkę o szczęśliwej miłości, brzmiała jak melodia stworzona specjalnie dla zakochanych. Dla mnie i dla Harry'ego.

Ten rodzaj tańca był o wiele wolniejszy od poprzedniego. Przyciągnęłam Harry'ego bliżej siebie i teraz mogłam mu powiedzieć o jego odważnym ruchu kilka sekund temu.

-Jesteś szalony, wiesz o tym? -Oznajmiłam, moje serce wciąż biło jak zwariowane.
-Często mi to mówią. -Odpowiedział.
Uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego tors.

Wspólna noc z Harry'm, to miejsce.. W tamtej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.
Pewna część mnie chciała z nim tańczyć całą wieczność, ale inna część chciała uciec z nim na koniec świata. Wydawało się jakby Harry toczył w myślach tą samą bitwę co ja i chyba się zdecydował kiedy wyszeptał mi do ucha.

-Zatańczmy jeszcze jedną piosenkę, a potem pójdźmy w miejsce, gdzie będę Cię miał tylko dla siebie.


wtorek, 22 września 2015

ROZDZIAŁ 13 CZ. I

ROSE'S POV.

Harry i ja byliśmy najlepsi na świecie. Nie mieliśmy żadnego miejsca do spania, a jedyne co posiadalismy to torby na plecach, ale mimo to czuliśmy się jak królowie. Brakowało nam tylko tronu.

Nie byliśmy w stanie powstrzymać uśmiechów, które nie opuszczały naszych ust. Wyglądaliśmy jak dzieci, biegnąc i udając zabawę w ganianego, skradając sobie przy tym krótkie pocałunki. Byliśmy na dobrej drodze ku wolności, a ten poranek był idealnym początkiem tego wszystkiego.

Pieniądze, które posiadaliśmy, były zasługą naszych niezwykłych umiejętności. Mimo tego, że sposób w jaki je zdobyliśmy nie był odpowiedni, ale ze względu na towarzyszące temu okoliczności, ludzie powinni to zrozumieć. Nie mogłam w to uwierzyć przez ostatni, niekończący się cykl pechowych zdarzeń. Byliśmy szczęściarzami, a ja chciałam tylko tego, aby zostało tak jak najdłużej.
W mojej głowie ciągle pozostawała myśl o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Ten czas był doskonałą okazją do świętowania. Miałam nawet pewien pomysł.

-Jaki dziś dzień? -Zapytałam Harry'ego.
-Co?
-Jaki mamy dziś dzień tygodnia? -Ponagliłam go. Starałam się sama to wyliczyć, ale nie miałam pojęcia ile czasu minęło odkąd zwialiśmy z Wickendale.
-Kiedy uciekliśmy? W piątek? -Zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
-Jesteśmy wolni od jakiegoś tygodnia. Więc możliwe, że jest piątek albo sobota.
Uśmiechnęłam się, bo tak właśnie przypuszczałam.
-Dlaczego pytasz? -Próbował wyczytać odpowiedź z mojej twarzy, spostrzegłam jak dziecinnie naśladuje moją minę.
-Bo.. Pewnie pomyślisz sobie, że zwariowałam, ale za nim coś powiesz to wysłuchaj mnie do końca.
-O Boże. -Powiedział. W jego słowa wkradł się cichy chichot.

Szukałam sposobu, jak mu to powiedzieć. Nie chciałam, by Harry odrzucił mój pomysł, nim tylko zdąży opuścić moje usta. Zastanawiałam się jak odpowiednio dobrać słowa. Postanowiłam powiedzieć wprost.

-Chcę pójść na tańce.

-Co? -Zapytał kompletnie zbity z tropu, śmiejąc się jak dzieciak.
-Pomyślałam o tym, bo.. -Zaczęłam. -Na tę chwilę wszyscy myślą, że nie żyjemy. Możemy spokojnie pójść do miasta. Przy okazji możemy kupić bilety. Harry proszę, to nasza ostatnia szansa, by zrobić coś szalonego.

Miałam świadomość tego, że ten pomysł mógł wydawać się dziecinny i Harry na pewno odebrał to w taki sposób. my po prostu potrzebowaliśmy zrobić coś spontanicznego. Po tym jak byłam zamknięta pośród ponurej szarości z koszmarnymi krzykami i dziwnymi głosami wirującymi w mojej głowie, przez ostatni miesiąc, pragnęłam zasmakować życia, zabawy. A odpowiedni na to czas był właśnie teraz.

-Poza tym, nigdy nie byliśmy nigdzie razem.

Harry podniósł głowę, spoglądając na mnie w niedowierzaniu. Otworzył usta i lekko się uśmiechnął.

-Masz rację.

Łatwo poszło. Przytaknęłam, czując delikatne zwycięstwo.

-Ale nadal nie jestem pewien, czy powinniśmy to zrobić. Co jeśli ktokolwiek nas rozpozna? Albo jeżeli będą tam ochroniarze? Poza tym nawet nie wiemy gdzie znajduje się najbliższe takie miejsce?
-Ale to ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby się spodziewać. -Powiedziałam. -To bieganie w lesie sprawi a więcej podejrzeń. Na zewnątrz będziemy wyglądać jak zwyczajna para nastolatków na randce. Ciągle się ukrywając, możemy nigdy nie otrzymać więcej takiej okazji, nawet przez chwilę.

Harry przygryzł swoje wargi, lawirując między myślami w poszukiwaniu powodu, dlaczego mielibyśmy nie wracać do miasta. To nie było nic nadzwyczajnego. Powinniśmy zostać w hotelu, a potem pójść do jakiegoś sklepu spożywczego, perfekcyjnie gospodarując naszym czasem. Jedyne co mogło stanąć nam na przeszkodzie to selekcja przed wejściem do klubu. Myślę jednak, że bez trudu wkręcimy się w tłum. Zresztą, co zbiedzy z Wickendale mieliby robić w miejscu publicznym?

Wątpiłam w to, że dzisiaj wpakujemy się w jakieś kłopoty. Zwyczajnie to czułam.
Jednak nie tylko to. Odnosiłam dziwne wrażenie jakby ktoś nas obserwował.  Słońce powoli zachodziło, rozprzestrzeniając wokół szarość. Powróciłam myślami do tej dziwnej kobiety. Odtwarzanie wyglądu jej i jej nóg przyprawiało mnie o dreszcze. Zastanawiałam się co teraz mogło się z nią dziać i czy w ogóle żyje. To nieprzyjemne wspomnienie za każdym razem pozbawia mnie pewności siebie. Chciałabym stąd uciec i wymazać te okropne wspomnienia.

Głębokie westchnienie Harry'ego przyciąga moją uwagę, po czym dziwne myśli gdzieś znikają. Ekscytuję się, obserwując  jego zachowanie. Nigdy nie będę w stanie rozgryźć o czym myśli w danej chwili.

-Przypuszczam, że to mogłaby być dobra okazja do zdobyci a więcej pieniędzy. Zgubione, niepilnowane portfele.
-Więc zrobimy to? -Zapytałam, pomijając jego wzmiankę o kolejnej kradzieży.
-Myślę, że tak.

Potrząsnął głową w geście rezygnacji, samemu do końca nie wierząc w to co właśnie powiedział.
Moja wewnętrzna Rose wręcz skakała z radości, nie mogąc się opanować. Natychmiast się uśmiechnęłam. Objęłam ramionami szyję Harry'ego, składając pocałunek na jego wargach. Po chwili moje usta wędrowały już po całej jego twarzy.

-Dziękuję! Będziemy się świetnie bawić, obiecuję!

Harry uśmiechnął się, kładąc ręce na mojej talii. Serce waliło mi jak szalone pod wpływem jego dotyku i naszych pocałunków. W tej chwili moje myśli mogły wędrować tylko pośród tańców, uśmiechów i niesamowitej muzyki. Zanim poznałam Harry'ego rzadko gdziekolwiek wychodziłam. Całe dnie przesiadywałam w domu, robiąc nieistotne rzeczy, które i tak do niczego nie prowadziły. Ale teraz,kiedy nasze dni były tak bardzo ulotne, a my nie wiedzieliśmy na kim możemy polegać, chciałam abyśmy spróbowali choć przez chwilę żyć jak normalni, młodzi ludzie, z zupełnie innych okolicznościach niż teraz. Jedyną przeszkodą w tym wszystkim był ten cholerny, niekończący się las. Chciałam w końcu usłyszeć bicie swojego serce i czuć się jak ktoś wolny i zakochany.

Zapał na dzisiejszą noc tlił się we mnie jak nigdy dotąd. Ręka Harry'ego nadal spoczywała na moim biodrze a moja dłoń na jego szyi.

-Dobrze, ale gdzie zostawimy nasze rzeczy kiedy tam pójdziemy? I c oz naszymi ubraniami?
Harry zadał pytanie, a ja poczułam jak mój wewnętrzny ogień gaśnie.
-Coś wymyślimy. Znajdziemy jakąś łazienkę. Założymy jeansy i koszulki. Będzie dobrze. -Powiedziałam dając z siebie wszystko, by brzmieć dosyć przekonująco. Moje marzenia nie mogły legnąć w gruzach. To miało być coś pięknego, a ja byłam bardzo zdesperowana.

-Możemy zostawić rzeczy w jakiś krzakach, albo wziąć je ze sobą. Moja w tym głowa by się tym zająć.

Harry uśmiechnął się widząc moje zaangażowanie, ale odpowiedział zupełnie poważnie.
-Jeśli już mam tam iść, to chcę wyglądać przyzwoicie.
-Więc.. Chcesz wyglądać jak ci wszyscy zamożni głupcy? Przyzwoici ludzie nie mają pojęcia o prawdziwej zabawie.

Westchnął, potrząsając głową. Jego reakcja nie była zbyt rewelacyjna. Czułam, że jestem na straconej pozycji. Moje serce dosłownie tonęło. Kolor oczu Harry'ego nagle się zmienił, dostrzegłam z nich blask zachwytu.
-Co?
-Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać, Rose.

Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, którego nie potrafiłam stłumić. Złożyłam pocałunek na jego policzku i chwyciłam go za rękę.

Nie miałam pojęcia jak znajdziemy to miejsce. Było już południe. Musieliśmy wyruszyć w tej chwili, aby znaleźć jakiś klub przed zachodem słońca. Na szczęście znajdowaliśmy się niedaleko drogi. Wystarczająco daleko by nas nie zauważona, ale jednocześnie na tyle blisko by usłyszeć odgłos przejeżdżającej obok nas lokomotywy. Tory kolejowe powinny doprowadzić nas prosto do miasta.

Najpierw dotarliśmy do niezbyt zasiedlonego miasteczka. Było tam  zaledwie kilka domów i starych magazynów. Szliśmy dalej. To trwało w nieskończoność. Panowała tutaj podejrzana cisza.

Kilka godzin później wreszcie doszliśmy do śródmieścia. Wszędzie był tłok. Mijaliśmy kolorowe bary, rozmaite restauracje i Bóg jeden wie co jeszcze. To miejsce tętniło życiem nawet w tą ponurą porę roku.Grupki przyjaciół, pary zakochanych, młode dziewczyny z kręconymi, blond włosami obserwowane przez facetów z ulizanymi fryzurami. Wszyscy gromadzili się przy jednym z klubów, pod którym się zatrzymaliśmy. Wszędzie znajdowali się ludzie, przez co trochę się o nas bałam. No może bardziej niż trochę.

Neonowe szyldy przyciągały swoim blaskiem i oświetlały ulice.

-Wow. -Harry wydał z siebie okrzyk podziwu, obserwując uważnie całe miasto. Ewidentnie był zachwycony. Prawdopodobnie widział coś takiego pierwszy raz. Harry był zamknięty w instytucji, potem pracował na malutkiej farmie, a następnie ponownie odcięto go od świata i zamknięto w Wickendale. Na pewno nigdy nie miał okazji zobaczyć czegoś takiego.

Patrzyłam na jego migoczące od świateł oczy. Wyglądał tak dziecinnie i nieskazitelnie, kiedy obserwował wszystko wokół Przybliżyłam się do niego, kładąc ręce na jego ramiona i delikatnie się o nie opierając.

-Czy to nie jest niesamowite? -Zapytał, jego oczy nadal lśniły. Przytaknęłam, wygładzając materiał jego kurtki. Ja widziałam to inaczej. To było zwyczajne tętniące życiem miasto. Nic nadzwyczajnego.
-Chodźmy. -Powiedziałam. Nie mogliśmy marnować czasu na podziwianie. Ujęłam jego dłoń. Chciałam tylko abyśmy w tę noc poczuli się rzeczywiście wolni.

Następnie podeszliśmy do pierwszego budynku jaki tylko zobaczyliśmy. Jak się okazało, był to malutki sklep z ciuchami.  Nie było w nim zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o jeansy, sukienki i koszulki. Niewielka ilość ludzi w środku była zajęta zakupami. Mogliśmy zwyczajnie wtopić się w tłum nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania.

Toaleta, którą znaleźliśmy na tyłach sklepu była damsko-męska. Przy magazynie znajdowała się ukryta jednoosobowa przebieralnia, trudno dostępna dla klientów. Wyglądała obskurnie i staro. Sekcje oddzielał jedynie wieszak na ubrania. Ale nie mogliśmy narzekać. Harry rozejrzał się by sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu i otworzył drzwi. Weszłam do środka a on podążył za mną zamykając je za sobą. Odwrócił się do mnie, zrzucił plecak ze swoich ramion położył na podłodze.

-Nie wierzę, że mnie tu zaciągnęłaś.

-Wiesz.. czasami jestem bardzo, bardzo przekonująca.
-Tak, jesteś. -Zgodził się.. -Najpierw przekonałaś tą babkę z ulicy że jesteś ranna, a teraz wyciągnęłaś mnie do centrum miasta żeby sobie potańczyć.
-Co ja mogę powiedzieć. -Zaśmiałam się.

Harry uśmiechnął się podszedł bliżej mnie, położył swoją dłoń na przy moje szczęce.

-Jestem bardziej przekonany niż możesz sobie wyobrazić. -Powiedział, ale jego zachowanie nie oddawało ciemności którą można było wyczuć w głębi jego głosu.
-Do prawdy? -Zapytałam, czując, jak moje policzki stają się różowe.

Kącik jego ust uniósł się ku górze kiedy pochylił się by mnie pocałować. Ten pocałunek był inny. Nie potrafiłam opisać tej zmiany, to wyglądało jakby wyrażał swoje szczęście, był bardziej energiczny. Nie chciałam przerywać pocałunku, który odwzorowywał nasze małe zwycięstwo jakie osiągnęliśmy, albo obawę, że w każdej chwili możemy nawzajem utracić naszą bliskość, ale myślę że to było bardziej oddanie tego, że oboje byliśmy szczęśliwi i zakochani.

Przerwał w momencie, kiedy poczułam w dole brzucha płomień pożądania. Desperacko zapragnęłam więcej.      
                                                                                                        
SOŁ SORRY
Na początek chciałam was ogromnie przeprosić. Wiem, że zawaliłam, ale to już się nie powtórzy. Po prostu początek szkoły.. sami rozumiecie. :(
Zgłaszając się na tłumaczkę nie spodziewałam się, że to będzie tak czasochłonne, no ale cóż. JA DAM RADĘ IZI ;)
Postanowiłam podzielić ten rozdział na dwie części, gdyż był bardzo bardzo długi (i przepraszam, że akurat w takim momencie, ale musiałam). Druga część pojawi się jeszcze w tym tygodniu, ponieważ jestem chora i dzięki temu będę miała co robić siedząc w domu :)
Jeszcze raz przepraszam i  mam nadzieję, że ze mną zostaniecie.

sobota, 5 września 2015

Rozdział 12

Miał to jak czarne na białym. Dwanaście lat w więzieniu. Na początku trudno mu było w to uwierzyć, ale nareszcie mógł iść po ulicy jako wolny człowiek.

Usłyszał jak chłopak od gazet wykrzykiwał nagłówek gazet.

"Uciekinierzy z Wickendale prawdopodobnie nie żyją''

Najpierw w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Kiedy jest się uwięzionym przez ponad dekadę, po wyjściu na wolność, nie pragnie się już niczego więcej. Ale coś jednak zwróciło jego uwagę przez jedną, krótką chwilę. To imię.

Podszedł do chłopca w swoich starych, roboczych butach z 1930 roku.

-Powtórzysz to?
-Powiedziałem, że prawdopodobnie przestępcy Harry Styles i Rose Winters nie żyją! Przeczytaj! -Powtórzył to jeszcze kilka razy tonem irytującego, wrzeszczącego sprzedawcy.
Rose Winters.

To ona. Był tego absolutnie pewien. Nagle zaschło mu w gardle. Jego myśli odeszły w pustą przestrzeń. Rose. Uciekła z Wickendale. I możliwe, że jest martwa. Kiedy siedział za kratami, każda jego myśl kierowała się właśnie ku niej. A teraz, gdy wyszedł by ją odnaleźć, ona odeszła, zabierając ze sobą całą jego nadzieję.

Ale nie.. Pomyślał, że przecież to nie musi być prawda. Nagłówek mówił prawdopodobnie nie żyją, a to zasadnicza różnica. Nie spędził pieprzonych dwunastu lat w tamtym miejscu bez powodu. To mogło być oszustwo, zwyczajna plotka wymyślona przez kogoś.
Krew zaczęła mu wrzeć w żyłach z przypływu złości. Domyślał się, kto mógł za tym wszystkim stać.

-Proszę pana, wszystko w porządku? Potrzebuje pan pomocy? -Zapytał dziecinny głos. Powrócił do rzeczywistości, zobaczywszy przed sobą zmieszanego chłopca.
-Tak, tak, wszystko dobrze. -Szybko odpowiedział, jednocześnie odchodząc, ale pewien pomysł przyszedł mu do głowy. -Hej, zaczekaj! Zapewne dużo chodzisz po tym mieście sprzedając te gazety, prawda?
Chłopak skinął głową.
-Świetnie, może przypadkiem wiesz, gdzie znajduje się Instytucja Wickendale?
-Chodzi o tę z gazety? To w tamtą stronę. -Oznajmił wskazując mu drogę. Mężczyzna podążył wzrokiem za jego palcem wskazującym kierunek.
-Doskonale, dziękuję. -Odpowiedział. I zamiast wrócić prosto do domu, co planował przez ostatnie dwanaście lat, postanowił od razu skierować się w miejsce, do którego przyrzekał sobie nigdy nie wrócić.

Nie miał ani samochodu, ani pieniędzy. Nie posiadał niczego, prócz hańby jaką się opiewał. Wstydził się siebie, więc przyspieszył kroku, chcąc niezauważanie przejść przez ulice Londynu.
Ludzie posyłali mu dziwne spojrzenia. Idąc, uświadamiał sobie jak wiele się zmieniło. Niczym nadzwyczajnym nie było teraz posiadanie samochodu. Wszystko wydawało się bardziej krzykliwe. Pełno bilbordów, nadawało miastu więcej komercjalizmu. Spojrzał na jeden z plakatów. Modelka, którą przedstawiał, reklamowała strój kąpielowy przerywany w talii. Nigdy nie widział takiego kostiumu.

Jeden ze sklepów, obok którego przechodził, miał w oknie kolorowy telewizor. Słyszał o tym, ale nigdy nie miał okazji takiego zobaczyć. To było niezwykłe i jednocześnie prawdziwe. . Tak bardzo się wszystko zmieniło od czasu, gdy poszedł za kratki. Czas się nie zatrzymał. Bardzo chciał się zatrzymać by móc jeszcze popatrzeć. Popatrzeć na wszystko, nie tylko na telewizor. Ale teraz musiał zająć się czymś ważniejszym.

Nie było czasu na podziwianie. Musiał iść naprzód. Nie mógł opędzić się od nowych widoków. Do jego głowy zaczęły napływać kłopotliwe pytania. Jego myśli płonęły od wściekłości. Co do jasnej cholery działo się z Rose od kiedy odszedłem? Zabiję ją jeśli coś jej zrobiła.

Czas płynął nieubłagalnie szybko.
Szedł przez wiele godzin, nie wiedząc już gdzie się znajduje. I pewnie poddał by się gdyby nie facet który zaoferował mu darmową podwózkę. To był jedyny z miłych gestów, które spotkały go przez ostatnie kilkanaście lat.

Po sześciu godzinach później czuł już ból w stopach, ale nareszcie tam był. Znajdował się dokładnie przed olbrzymim, marmurowym podjazdem. Opuściły go wszelkie myśli, kiedy ruszył ku drzwiom frontowym. Linda Hellman powiedział pod nosem. Drzwi się otworzył, a przed nim stanął wysoki ochroniarz.
-Szukam Lindy Hellman.
-Masz umówione spotkanie? -Zapytał ochroniarz. Ton jego głosu wzbudzał respekt. Nie był tutejszy, jego akcent brzmiał jak amerykański, ale nie wiedział dokładnie z jakiego miejsca, może Nowy Jork.
-Tak, oczywiście, że mam. -Skłamał, ale wiedział, że to nie problem. Był pewny żę nie będą marnowali czasu na sprawdzanie go.
-Dobrze, w takim razie chodź za mną. -Ochroniarz odwrócił się i podążył korytarzem administracyjnym.

W tym korytarzu nie było widać żadnych cel, zero pacjentów. Definitywnie nie chciała ich widzieć.  Ale mimo wszystko oni tutaj byli. Od razu po przekroczeniu progu, było czuć grozę i zimno tego miejsca. W ciemnym holu rozchodziły się przerażające krzyki i dziwne jęki.

Podeszli do drzwi. Jego serce waliło jak oszalałe, kiedy uświadomił sobie kto tak właściwie się za nimi znajduje. Nie bał się, wręcz przeciwnie, był teraz wyzbyty z wszelkich emocji. Mężczyzna w uniformie przekręcił gałkę i wszedł do środka.

-Ktoś chciałby się z panią widzieć Pani Hellman. Twierdzi, że ma umówione spotkanie.

To była ona. Jej niemożliwie jasne włosy wciąż były takie same, ale wyglądała inaczej, starzej. Na jej widok wezbrała się w nim złość. Poczuł gorzki smak w swoich ustach. Nie poznała go. Była zajęta papierkową robotą, jej oczy absorbowały dokumenty.

-Nie mam dzisiaj żadnych spotkań. Cokolwiek miał mi do powiedzenia, jestem pewna, że to może poczekać. -Powiedziała znużona, nawet nie podnosząc wzroku.
-Och, a ja myślę, że jednak chcesz mnie wysłuchać. -Mężczyzna przemówił lekceważącym tonem.

W chwili gdy wypowiedział te słowa, nastąpiła reakcja, której nikt nigdy nie spodziewał by się po Lindzie Hellman. Zatrzymała pisanie. Jej ciało doszczętnie zamarło. Coś w jego głosie sprawiło, że zesztywniała. Zacisnęła usta. Jej oczy podniosły się powoli by spotkać się z jego spojrzeniem.

-Jason, zostaw nas. -Rozkazała ochroniarzowi, na co on opuścił pokój zamykając za sobą drzwi.
Zostali sam na sam.
-Myslałam, że jesteś w więzieniu. -Spuściła wzrok, powracając do pracy.
-Jak widzisz, dzisiaj wyszedłem. -Mężczyzna szybko wyrzucił z siebie słowa. Nie zapowiadało się na krótką i przyjemną konwersację.
Zaśmiała się cynicznie.
-Twój pierwszy dzień wolności przeznaczasz na wizytę u mnie? Dlaczego? Zapewne nie po to by mnie przeprosić, za to,że opuściłeś mnie, gdy byłam w ciąży z twoim synem.

Spodziewał się tego, że wyceluje w niego tym faktem. Ale nie zdawał sobie sprawy, że słowo syn przeszyje go na wylot. Podszedł do jej biurka. Przebywał z nią w jednym pomieszczeniu dopiero kilka chwil, a wydawało się, jakby to trwało wieczność. Nagle w jego głowie pojawiły się przebłyski wspomnień z nią związanych, ich miłość, cały wspólnie spędzony czas. A potem całą tę bajkę szlag trafił. Odkrył, że go zdradzała i okłamywała. Miał dość jej i jej ciągłych krzyków. W końcu opuścił ją i jej dziecko. Wtedy poczuł się okropnie, jak śmieć. Chciał wrócić, nie do niej, ale do dziecka, które w sobie nosiła. Skończyło się tak, że nie poznał nawet jego imienia.

Uderzył pięścią w blat biurka, gwałtownie zwracając jej uwagę. Pragnął wywołać w niej choć odrobinę zainteresowania.

-Nie będę o tym rozmawiać! -Rozzłościła go. -Chcę tylko wiedzieć co zrobiłaś!
-Co masz na myśli? -Zapytała, kierując na niego swoje chłodne, przeszywające spojrzenie.
-Nie udawaj, że nie wiesz. -Odpowiedział, nieświadomy tego, że ona rzeczywiście nie wiedziała o co mu chodzi. -Nie mogłaś żyć z myślą, że starałem się byś szczęśliwy zakładając nową rodzinę. Chcę ci jednak przypomnieć, że to ty wszystko zniszczyłaś.

Zastanawiała się nad sensem jego słów.

-Nie mam bladego pojęcia o czym ty do mnie mówisz! Nie wiedziałam, że założyłeś nową rodzinę. Nie chciałam mieć z tobą nic wspólnego po tym jak nas zostawiłeś. Dotąd o niczym nie wiedziałam. Więc radzę ci się wynosić z mojego biura!
-Dlaczego przyjęłaś tu Rose? I czemu dowiedziałem się o jej prawdopodobnej śmierci? -Zapytał zaciskając zęby.

Z każdym, kolejnym pytaniem zastanawiała się coraz bardziej.

-Nie obchodzą mnie te brednie. Dlaczego chcesz cokolwiek o niej wiedzieć?
Zaśmiał się nie dowierzając jej słowom. Potrząsnął głową.
-Naprawdę nie mam czasu na twoje gierki. Po prostu powiedz mi czy ona żyje?
-Dlaczego chcesz wiedzieć?

Powoli wpadał w furię, podniósł głos.

-Ponieważ to kurwa moja córka!
Te słowa sprawiły, że szczęka Lindy Hellman opadła, a oczy wytrzeszczyły się w niedowierzaniu.
-Nie, nie jest. Kłamiesz.
-Jaki miałbym cel w przychodzeniu tutaj i okłamywaniu Ciebie? Chcę tylko wiedzieć gdzie ona jest i czy wszystko z nią w porządku, do kurwy nędzy powiedz mi!

Nie przestawał krzyczeć, wciąż domagając się odpowiedzi, ale ona pogrążyła się w myślach, nie słuchając ani jednego słowa.

Jej myśli były uwięzione wokół tej niepokojącej informacji.

Mężczyzna nazywał się David Winters. Wiele lat wstecz założył z nią rodzinę, a potem opuścił ją i ich syna James'a. Stworzył nową rodzinę z inną kobietą, doprowadził się do ładu. Ale ponownie wpędził się w kłopoty i trafił do więzienia.

Nie potrafiła się opanować. Nigdy nie przyszło jej do głowy by w jakiś sposób powiązać jego i Rose. Dużo ludzi posiada to samo nazwisko, a Winters jest dość popularne. Nawet nie byli do siebie podobni. Ten mężczyzna w ogóle ją nie obchodził, więc nie zawracała sobie nim głowy. Niewiele o nim myślała.

Ale teraz on tam był, stał przed nią ujawniając prawdę. Jej myśli wirowały od nagłego przypływu informacji. To było przerażające. Potrząsnęła głową i wzięła głęboki oddech. Uświadomienie sobie tego ścisnęło jej żołądek.

James Hellman i Rose Winters byli rodzeństwem.

                                                                                            
ŁOOO.. NO TO SIĘ POROBIŁO
ZASKOCZENI CO? Nie wiem jak was, ale powiem szczerze, że mnie to zupełnie zbiło z tropu. Robi się coraz ciekawiej, nie sądzicie? A muszę wam zdradzić, że BĘDZIE JESZCZE CIEKAWIEJ :)


czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział 11



  Nigdy nie byłam przygotowana na tak traumatyczne doświadczenia. Pragnęłam tego, by być  osobą z krótką pamięcią, albo kimś, kto potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Właśnie kimś takim był Harry. Był nadzwyczaj spokojny. We mnie natomiast narastał niepokój, ściskający żołądek i doprowadzający do łez. Zżerały mnie nerwy. Byłam lekko przestraszona. Wstrząsnął mną dźwięk zbliżających się, policyjnych syren.

-Harry! - Szepnęłam szorstko, potrząsając ramię owinięte wokół mnie. Zazwyczaj poświęcałam tę chwilę na wpatrywanie się w jego piękną, zaspaną postać, ale tym razem, to nie był jeden z tych poranków. Obudził się zmieszany i zdenerwowany, zerwał się niemalże szybciej ode mnie.

-Co?! - Zapytał zrzędliwie.

Przyłożyłam dłoń do jego ust, pogłębiając tym samym jego poirytowaną minę. W chwili, gdy usłyszał źródło mojej paniki, jego oczy wytrzeszczyły się. Zlustrował drogę, zatrzymując wzrok na nas.
Opuściłam swoją dłoń z ust Harry'ego. Przeszywające uczucie gorąca narastało w moim ciele z minuty na minutę. Czułam się niepewnie, trzęsąc się z nagłego przypływu adrenaliny.
-Co robimy? - Wyszeptałam.

Położył palec na swoich ustach, każąc mi nasłuchiwać. Znowu wydawał się taki spokojny. Zamurowało go na chwilę, ale szybko przystąpił do pakowania naszych rzeczy. Zerwał z nas koce i cisnął je do torby. Narastający hałas wydawał się być coraz bliżej. Policyjne syreny stawały się bardziej ciągłe i głośniejsze. Każdy, najmniejszy odgłos budował we mnie lęk.
Wróciłam wzrokiem do Harry'ego. Moja ręka chwyciła jego biceps w oczekiwaniu na jakąś reakcję. Zatrzymał się. Bez patrzenia na niego wiedziałam, że oboje wpatrujemy się przed siebie. Ten dźwięk był teraz przerażająco blisko. Policja nie mogła znajdować się dalej niż kilka metrów od nas. Czułam wstręt wywołany zdenerwowaniem, który pustoszył moje ciało.

Znajdowaliśmy się dokładnie obok mostu, po którym pędził policyjny wóz, ale o dziwo pojazd nie zatrzymał się i pojechał dalej.
Dźwięk syren minął obok nas.

Ogarnęła mnie fala ulgi. Ramię Harry'ego zostało wyzwolone spod mojego nerwowego uścisku. Mogłam swobodnie odetchnąć. Odwróciłam się do Harry'ego, objął mnie i delikatnie oparł o swój tors, zamknęłam oczy, a głośne westchnienie opuściło moje płuca.
-Nie każdy radiowóz poszukuje właśnie nas. - Było słychać rozbawienie w jego głosie, kiedy to sobie uświadomił. -Wszędzie są przestępcy i wypadki. To auto mogło po prostu brać udział w pościgu.
Uśmiechnęłam się niepewnie na jego słowa. Byłam przerażona i zmartwiona. Ledwo byłam w stanie dopuścić do siebie najbardziej prawdopodobną opcję. Przeciągnął mnie na bok, tak by mógł mnie zobaczyć.
-Jesteśmy bezpieczni. - powiedział z rozbawieniem, położył dłonie na mojej twarzy, zanim zaczął składać na niej pocałunki. Na moich policzkach, czole, skroniach, nosie.
Te skromne, czułe gesty sprawiały, że się uśmiechałam. Czułam się przy nim zupełnie inaczej, niż przy kimkolwiek innym.
-To mnie cholernie przeraziło. -Powiedziałam, po tym jak złożył ostatni pocałunek na moim policzku.
-Jeśli mam być szczery..-Zaczął, nieco mnie odsuwając. -Mnie też. Tak jak obraz pieprzonej, wiecznie niezadowolonej twarzy Hellman siedzącej w mojej głowie. -Powiedział, starając się z niej zakpić.
-Taka już jest. -Zaśmiałam się, gdyż interpretacja Harry'ego była całkiem inna niż moja, ta prawdziwa.
-Dziękujmy Bogu, że nas ominęli. Może to, że tędy jechali było znakiem, że powinniśmy wstać.
-Tak. -Zgodziłam się. -Ale kto normalny potrzebuje syren policyjnych jako budzika?
-Właśnie.-Wyczułam ironię w jego głosie.
-Więc co dzisiaj robimy? Zjemy jakieś śniadanie zanim zaczniemy biec? Czy zjemy po bieganiu? -Zasugerowałam. To była nasza jedyna, realna opcja.

Nagle atmosfera drastycznie się zmieniła. Najpierw byliśmy napełnieni paniką, kilka sekund później śmialiśmy się i żartowaliśmy, teraz uśmiech Harry'ego zmienił się w powagę.

-Co? -Zapytałam.
-Nic. Tylko myślałem... Chcemy opuścić ten kraj jak najszybciej, tak? Więc musimy zatrzymać całe to bieganie i zamartwianie się.
Skinęłam głową potakując, ale nie byłam jeszcze całkiem pewna o czym mówi.
-Myślę, że.. -Westchnął. -Może powinniśmy zacząć zdobywać jakieś pieniądze.

Wzięłam głęboki oddech, uświadamiając sobie co miał na myśli. Znowu się zmartwiłam, bo wiedziałam, że ma rację. Nie mogliśmy czekać. Im szybciej zdobędziemy gotówkę, tym szybciej będziemy mogli stąd uciec. Dzisiaj będziemy biec, tak, ale musimy zrobić coś jeszcze.
Dzisiaj będzie dzień naszej pierwszej kradzieży.

Nie potrafiłam ocenić sytuacji i zdecydować czy to był dobry pomysł, ponieważ z góry wiedziałam, że nie był. Ale jaki mieliśmy wybór?  No jaki?

Harry ułożył swoje usta w cienką linię, zawsze tak robił, kiedy się nad czymś zastanawiał.
-Mam kilka pomysłów. Możemy na przykład wyjąć portfele z torebek w jakimś barze i spierdolić. Ale nie jestem pewny czy moglibyśmy wtedy wrócić do tego miasta.
Skinęłam głową, zgadzając się z tym, że nie mogliśmy zbytnio się wychylać. Duża ilość ludzi sprawiała większe prawdopodobieństwo, że ktoś nas rozpozna. Ten pomysł wymagał dużej sprawności i zwinności, to nie było coś dla mnie.
-Jak dobry w tym jesteś?
Wzruszył ramionami z rozbawienia.
-Nie wiem. Tak naprawdę to nigdy tego nie robiłem. -Powiedział. -Dlaczego pytasz?
Trochę się zawahałam, może nawet zawstydziłam. Nie byłam pewna czy przedstawić mu swoją opcję.
-Nie wiem, to wydaje się być strasznym pomysłem. A co jeśli, na przykład, zatrzymalibyśmy samochód albo coś? Któreś z nas mogłoby udawać, że potrzebuje pomocy albo jest ranne, a w tym czasie drugie poszukałoby pieniędzy.

Harry spuścił wzrok na ziemię z takim, jak zawsze, zamyślonym wyrazem twarzy. Zwilżył swoje usta. W pewien sposób czułam się niespokojnie, zupełnie jak uczeń czekający na ocenienie swojej odpowiedzi przez nauczyciela.
-To mogłoby się udać. -Powiedział. -Ale to Ty będziesz musiała to zrobić.
-Dlaczego? -Spytałam zdziwiona. Ten fakt pobudzał we mnie nerwy. Mój umysł powrócił do poprzedniego stanu. Uważałam, że Harry był o wiele lepszym aktorem niż ja. Prawie w ogóle się nie stresował.
-Bo jesteś dużo mniej sławna, ludzie Cię nie rozpoznają. Poza tym jesteś bardziej niezdarniejsza, bez urazy. -Oznajmił. -Ale za to zachowujesz się bardziej słodko niż ja i ktoś od razu zdecyduje się ci pomóc.

Westchnęłam. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który wkradł się na moją twarz. On miał rację.
-No dobrze. Ale co będę miała mówić? Jak to zrobimy?

Znowu zanurzyliśmy się w myślach. Ale tym razem trwało to dłużej niż mogłam się spodziewać. Dobre pół godziny spędziliśmy na uzgadnianiu sposobu na naszą pierwszą kradzież. Powinniśmy pójść do miasta? Czy może jednak zaczekać na jakiś kolejny samochód? Jak go zatrzymamy? Po trudnej dyskusji i trzech papierosach później wreszcie doszliśmy do konsesusu. Plan był taki:
Zdecydowaliśmy się czekać. Czekaliśmy, aż podjedzie jakiś inny samochód. Ustaliliśmy, że jeśli potrwa to więcej niż 45 minut, podejmiemy inną decyzję. Postanowiliśmy położyć na ulicy wielką gałąź z nadzieją, że kierowca przestraszy się wystarczająco by się zatrzymać.  Kiedy tylko opuści swój pojazd, położę się na ziemi i będę udawać, że coś mi się stało. O ile znajdzie się ktoś na tyle przyzwoity i empatyczny by się zatrzymać. Jeśli nikt nie zdecyduje się mi pomóc, sama będę musiała o to poprosić. Kiedy ja będę odgrywała to przedstawienie, Harry w tym czasie zdobędzie pieniądze z samochodu.
Kierowca pomyśli, że właśnie przejechał po mojej nodze. Potem będę udawać ofiarę tak bardzo, jak to tylko możliwe. Sprawię, że będzie mu się wydawać że to jego wina, że wpadłam pod jego samochód.
Pozostało tylko modlić się, aby ten chory plan wypalił. Spędziliśmy 15 minut w lesie, na szukaniu jakiejś gałęzi. Harry poszedł ukryć nasze rzeczy, jak się domyślam, zostawił je pod mostem. Nalegał by zatrzymać przy sobie swoją broń. Włożył ją z tyłu jeansów zupełnie tak, jak na filmach. Zapewniał mnie, że to tylko ze względów bezpieczeństwa. Zastanawiałam się tylko co było takiego bezpiecznego w pistolecie. Ale ostatecznie się zgodziłam.

Tak więc byłam już w miejscu, gdzie mieliśmy włączyć w życie nasz plan. Ulice były puste , owiewał je tylko wiatr. Nic nie można było zobaczyć, ani usłyszeć. Czekałam i nasłuchiwałam. Czekałam, słuchałam i tak w kółko. Ten proces wydawał się nie mieć końca. Strach sam się we mnie budował, nie miałam na to wpływu.

Słyszałam tylko swój słaby oddech zmęczenia. Zobaczyłam Harry'ego patrzącego na mnie z balustrady mostu. Posłał mi dodające otuchy skinienie głową, zanim z powrotem schował się  za barierkę. Starałam się zadusić w sobie obawy i zmartwienia, wiedziałam że muszę zrobić to dla nas. Potrzebowaliśmy tego.  Musiałam tylko to sobie wmówić.

Dostrzegłam nadjeżdżający samochód. Nie widziałam Harry'ego , ale wiedziałam że on tam jest, był kilka metrów ode mnie. Potrzebowałam jego obecności. Wzięłam głęboki oddech, kiedy pojazd był coraz bliżej. Zaczęłam iść na przód, bliżej środka jezdni. Powoli podchodząc do ogromnej gałęzi.
Samochód był teraz zaledwie kilka metrów ode mnie. Moje serce waliło tak, jakby zaraz miało wyskoczyć mi z piersi. Uderzył we mnie podmuch wiatru nim usłyszałam głuchy odgłos łamiącej się gałęzi. Kilka chwil później pojazd się zatrzymał, a ja upadłam na ziemię.
-Ałł! -Krzyknęłam, a drzwi samochodu się otworzyły. Tak!
-Wszystko w porządku? Jesteś cała? -To była kobieta około czterdziestki. Jej blond włosy były związane w wysoki kok. Była przestraszona. Zgodnie z planem.
-Nie, nie jestem pewna. -Odpowiedziałam, zassałam powietrze, "próbując" usiąść.
-Możesz stać? -Spytała gorączkowo. Nie odpowiedziałam od razu, ponieważ kiedy się pochyliła zobaczyłam Harry'ego wyłaniającego się spod balustrady mostu.

HARRY'S POV

Nasz plan był popierdolony. Ale byliśmy już przyzwyczajeni do niezwykle trudnych, pieprzonych planów, więc nic nie szkodziło nam spróbować. Lepiej by było gdybym to ja zastępował miejsce Rose. Mógłbym wtedy obwiniać tylko siebie, gdybym coś spierdolił. Nie chciałem, aby się stresowała. Ale ona jako jedyna mogła to zrobić, wiedziała o tym. Ze mną udającego rannego nie mielibyśmy szans. Miałem nadzieję, że da sobie radę.
I wiedziałem, że da. Była silna. Ale dla pewności spojrzałem na nią z miejsca, w którym się znajdowałem. Rose leżała na ziemi, a kobieta śpieszyła jej z pomocą. ''Dalej, Skarbie." wymamrotałem, po czym odetchnąłem.

Zobaczyłem jej sprawiający ból wysiłek z drugiego końca ulicy. Była bardziej wiarygodna niż przypuszczałem. "Ałłł" powiedziała, chwytając ramię kobiety. Obserwując tak przez kilka sekund chciałem powiedzieć Rose, żeby przestała się wygłupiać. Była w tym dobra.
Stałem ukryty, podczas gdy Rose wciskała pieprzony kit tej kobiecie. Mój wzrok powędrował w jej stronę, by spotkać się z pięknym błękitem oczu mojej dziewczyny.
-Pomogłaby mi pani iść? -Zapytała kobietę i poprowadziła ją w przeciwnym kierunku. Teraz albo nigdy. -Pomyślałem.

Schyliłem się nisko, zgarbiłem ciało i ugiąłem kolana idąc powoli do drzwi pasażera. Starałem się iść jak najciszej, położyłem swoje dłonie na drzwi by zagłuszyć hałas podczas ich otwierania.  Rzuciłem krótkie spojrzenie na dwie kobiety, Rose odwracała jej uwagę.
Będąc już w środku zmieniłem tempo. Teraz szybko starałem się przeszukać wóz. Otworzyłem szufladę szukając portfela lub torebki. Nic.

Zamknąłem spokojnie komorę i spoglądnąłem na siedzenia. Coś skierowało mój wzrok na podłogę po stronie kierowcy.  Niebieska torebka. Otworzyłem ją, dotykając różnorodnych przedmiotów w poszukiwaniu czegoś pożytecznego. Po przeszukaniu rozmaitych rzeczy znajdujących się w damskiej torebce, o których kurwa istnieniu nigdy nie wiedziałem, chwyciłem gotówkę. Potem szybko wyszedłem z auta i zamknąłem drzwi tak samo ostrożnie, jak je otworzyłem, byłem już na zewnątrz.
-Ał! -Usłyszałem nagle Rose i instynktownie spojrzałem w ich stronę. Jej ból absolutnie nie był prawdziwy. Bałem się, że ta kobieta mnie zauważy.

Pobiegłem szybko na most, nie chcąc stać w pobliżu naszej ofiary, kiedy nie było to konieczne. Moje buty robiły trochę hałasu, kiedy szedłem po śniegu, utrudniając mi szybkie przemknięcie. Miałem w dłoni forsę, ale nawet to nie pozwalało mi się odprężyć. Wyraźnie wsłuchiwałem się w fałszywe słowa Rose kiedy liczyłem gotówkę.

-Tak mi przykro. -Kobieta próbowała jej pomóc. -Chcesz żebym zawiozła cię do szpitala? Chyba szły w kierunku jej samochodu.
-Nie, w porządku, to nie twoja wina. -Rose odpowiedziała.
5 funtów.
-Owszem, moja i bardzo źle się z tym czuję. Powinnam jeździć ostrożniej.
Masz rację, powinnaś.
-Twoja jazda była bezbłędna to pomyłka. Dziękuję bardzo, że mi pani pomogła.
Nastąpiła przerwa w ich rozmowie. Kącik moich ust uniósł się ku górze. Wiedziałem, że ...
-Pomyłka? Uważasz, że Cię nie potrąciłam? -Kobieta zapytała. Wyczuwam kłopoty.
-O nie nie nie! Źle mnie zrozumiałaś, twój samochód przestraszył mnie, a kiedy odwróciłam  się skręciłam sobie kostkę.
Dziesięć funtów.
Usłyszałem westchnienie ulgi.
-Dzięki Bogu. To znaczy, nie dzięki Bogu za to, że coś ci się stało, ale za to, że to nie ja uszkodziłam ci nogę.
-Nie. -Rose się roześmiała. -Nie zrobiłaś nic złego. Dziękuję za to, że zatrzymałaś się i mi pomogłaś. To bardzo dobrze o tobie świadczy.
-Jasne. Nie ma sprawy. Jesteś pewna, że nie potrzebujesz pomocy lekarza?
-Nie. Dziękuję za troskę. Myślę, że jestem w stanie chodzić.-Rose słodko nalegała.
Piętnaście.
-No dobrze, jeśli uważasz, że nic ci nie jest..
-Nic mi nie jest, dziękuję.
-Nie ma za co. W takim razie żegnaj. -Powiedziała kobieta i ruszyła w kierunku swojego auta. -I mam nadzieję, że z twoją kostką wszystko będzie dobrze.
-Żegnaj, dziękuję! -Odparła Rose. Po czym usłyszałem oddalające się kroki, a kilka chwil później otwierające się drzwi samochodu. W przeciągu kilku sekund silnik odpalił, opony zapiszczały na jezdni, zniknęła.
Kiedy odjechała, dotarło do mnie, że właśnie dokonaliśmy przestępstwa. Ja pierdole.

ROSE'S POV

Byłam oszołomiona. Nie mogłam uwierzyć w to co się właśnie stało. Westchnęłam i pobiegłam na most. Moje stopy uderzały o ziemię tak długo, aż zobaczyłam Harry'ego. Wyglądał na zadowolonego z siebie, dumnie się uśmiechał. Śmiał się i potrząsał głową w niedowierzaniu.
Dokonaliśmy tego.

Pomknęłam do niego jak najszybciej. Wydałam z siebie okrzyk radości i naskoczyłam na jego ramiona. Objął mnie i kręcił dookoła.
-To było cholernie niesamowite! -Krzyknął ściskając mnie. Po czym postawił mnie na nogi.
Moje policzki płonęły, a kąciki ust mimowolnie się unosiły.
-Naprawdę?
Przytaknął.
-Wiesz ile gotówki dla nas zdobyłaś?
-Ile?
-Dwadzieścia pięć funtów. -Powiedział, pogłębiając swój uśmiech. -Wyglądało na to, że ta babka wybierała się na świąteczne zakupy.
-Żartujesz. -Stwierdziłam. Najwyraźniej mieliśmy ogromne szczęście.
Harry zmierzwił swoje włosy.
-Jestem kurwa śmiertelnie poważny! -Roześmiał się.
Śmiałam się razem z nim. To było niewiarygodne.

Ale pomysł ze świątecznymi zakupami nie dawał mi spokoju. Kobieta, którą okradliśmy prawdopodobnie miała rodzinę, przyjaciół, kogoś kogo kochała. Będzie przerażona, kiedy zorientuje się, że z jej portfela zniknęła cała gotówka. Może nawet domyśli się, że dziewczyna ze skręconą kostką miała związek z przestępstwem.

-Co się dzieje? -Harry zapytał, przechylił głowę na bok, uśmiechając się, wyglądał tak dziecinnie i słodko.
-Nic. -Odparłam, potrząsając głową. -Ja tylko.. bo wygląda na to, że.. teraz jesteśmy prawdziwymi przestępcami. A ta kobieta była miła, źle się z tym czuję.
-Naprawdę? -Spytał. Nie był zbyt zaciekawiony, tak myślę. Jego uśmieszek i ponury ton sprawiały, że wyglądał łobuzersko. Przybliżył się do mnie patrząc wygłodniałym wzrokiem. -Bo  ja myślę, że to było kurewsko seksowne.

Teraz był tylko kilka cali ode mnie. Przybliżył swoje usta do moich. Przygryzł zębami moją dolną wargę, pomrukując delikatnie. To był czuły pocałunek, kochałam ten uśmiech, przez który nie mogłam oderwać się od jego ust.
To było okropne, ale zarazem ekscytujące, mogłabym rzec, że uznawałam to za nasz sukces kryminalny.

DLA TYCH KTÓRZY NIE WIEDZĄ, 25 BRYTYJSKICH FUNTÓW W 1925 ROKU MIAŁO RÓWNOWARTOŚĆ 300 DOLLARÓW AMERYKAŃSKICH OBECNIE. CZYLI OKOŁO 1500 ZŁOTYCH.

                                                                                  
Hej hej :) Z góry przepraszam za wszystkie błędy, jest to moje pierwsze tłumaczenie więc mam nadzieję, że mi wybaczycie i że moje tłumaczenie nie będzie się, aż tak różniło od poprzednich tłumaczeń.  Myślę, że trochę czasu zajmie mi przyzwyczajenie się do prowadzenia tego bloga. Sołł.. w sumie to nie wiem co mam wam napisać.
Pozostaje jeszcze kwestia tego kiedy będę dodawać kolejne rozdziały. No więc od następnego tygodnia rozdziały będą pojawiać się w każdą sobotę wieczorem, gdyż ten termin mi najbardziej odpowiada :)
Tak więc, do następnego :)


wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 10 + nowa tłumaczka

GRANT

Harry Styles, lat 22, urodzony 1 lutego 1930, pierwszy raz trafił do Wickendale mając 12 lat za spalenie żywcem swojego ojca, później oskarżony o obdarcie ze skóry trzech kobiet. Rose Winters, lat 21, urodzona 20 listopada 193, była pracownica instytutu, jej bliska relacja z pacjentem Harrym Stylesem spowodowała zaburzenia psychiczne. Stała się zdezorientowana, a jej zachowanie agresywne, dlatego została pacjentem instytutu.

Znałem tę sprawę na wylot. Przeczytałem wszystkie możliwe dokumenty na ich temat, które udało mi się zdobyć, od pierwszego dnia kiedy dostałem tę sprawę. Ale nie wiedziałem nic o Rose i Harrym, jako osobach. Nic o tym jak się zachowywali, o ich motywach, co spowodowało, że wyróżniali się na tle innych, wszystko to co było potrzebne w tej sprawie. Dlatego zacząłem od dyrektora.

Zapukałem do drzwi jej biura. Odczekałem chwilę, ale nie usłyszałem odpowiedzi. Zapukałem jeszcze raz.

- Wejść.- usłyszałem nieprzyjazny głos, stłumiony przez drewnianą powierzchnię.

Ostrożnie otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Rozejrzałem się dookoła. Po lewej stronie stała półka z książkami. Obok niej szafka z szufladami, a na przeciwko coś w rodzaju szafy. Dwa kasztanowe krzesła stały przy eleganckim biurku. Moje oczy powędrowały ku stercie papierów, a w końcu ku kobiecie, do której należały. Wywoływała piorunujące wrażenie, ale w złym tego słowa znaczeniu. Jej włosy były siwe, prawie białe, a oczy lodowato niebieskie, niemalże wrogie.

- Dzień dobry, Lindo Hellman, jestem detektyw Grant.- powiedziałem i wyciągnąłem ku niej dłoń. Ona nie.
- Po prostu pani Hellman.- odpowiedziała, ledwo na mnie patrząc. Przeglądała jakieś dokumenty.
- Przepraszam, pani Hallman.- w moim głosie była wyczuwalna irytacja. Mogłem powiedzieć, że już nie lubiłem tej kobiety. - Dostałem sprawę pani trzech uciekinierów.

Westchnęła i zaczęła układać wszystkie papiery. Zajęło jej to chwilę zanim je uporządkowała i skierowała na mnie całą swoją uwagę.
- Cóż, nie ma sprawy, jeśli są martwi.
- Co?
- Pacjenci. - powiedziała.- Nikt nigdy nie uciekł z mojego instytutu. Z tyłu budynku są klify, a z przodu ulica. - patrzyła na mnie, prosto w moje oczy. - Nie ma takiej możliwości, aby zaszli daleko. Mogę prawie zapewnić, że nie żyją.
- Prawie zapewnić. Ale nie jest pani pewna. - zauważyłem.
- Cóż, nie sądzę, aby...
- Proszę pani, rozumiem, że to miejsce znaczy dla pani bardzo dużo. Wiem, że ma pani nienaganną reputację i nie chce pani, aby ta ucieczka została nagłośniona, ale muszę przeprowadzić dokładne dochodzenie. Nie ma żadnego dowodu, aby cokolwiek sądzić, dlatego byłbym wdzięczny, gdyby pani ze mną współpracowała.
Wyglądała na poirytowaną, pewnie dlatego, że wiedziała, że mam rację.
- Wątpię, że znajdzie pan cokolwiek innego niż zwłoki.
- To byłoby coś.- powiedziałem, choć wcale w to nie wierzyłem. Po prostu nie chciałem jej bardziej wkurzać. - Ale musimy znaleźć coś, cokolwiek. I będę potrzebował pani współpracy do tego również chciałbym dowiedzieć się więcej o dwóch pacjentach, um.. o Harrym i Rose. Potrzebowałbym więcej informacji na temat tego trzeciego, nie mam o niej praktycznie nic.

Pani Hellman westchnęła ciężko i powoli wstała, wytrzepując spodnie z niewidzialnego pyłku.
- Chcę wiedzieć wszystko co się dzieje w tej sprawie. Cokolwiek znajdziecie ma trafić do mnie. I muszę mieć pełen dostęp do informacji o pacjentach, które znajdziecie.
- Oczywiście. To nie będzie problem.- powiedziałem.
Patrzyła na mnie przez chwilę, oceniając, może zastanawiając się czy jej posłucham. Ale w końcu się zgodziła.
- To jakich informacji będzie pan potrzebował?
- Narazie żadnych.- powiedziałem.- Gdyby mogła pani ze mną pójść.

Odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi, zakładając, że ona zrobi to samo. Oczywiście nie mogłem być pewien, gdyby nie odgłos kroków. Wydawała się uparta. Już i tak ledwo tolerowałem ludzi, a ona szczególnie działała mi na nerwy. Wydawało się, że będzie tu wojna o władzę.

Mogłem powiedzieć, że miała ona jakieś emocjonalne przywiązanie do sprawy. Po pierwsze byli to jej pacjenci. Ale nie wyglądało na to, aby się bardzo nimi przejmowała, skoro tak chętnie założyła, że nie żyją. Dlatego jest druga opcja. Za bardzo dba o swój wizerunek. Nie chce w to uwierzyć, że oni uciekli.

Przez to wygląda na to, że nie myśli racjonalnie. Ktokolwiek, nie ważne kto raczej założyłby, że oni żyją niż wprost przeciwnie. Od kilku dni ludzie przeszukują tereny i nikt nie znalazł żadnych szczątków. Gdyby zginęli ich ciała, już zostałby by znalezione.

Ta kobieta sobie nie zdaje sprawy, że ci pacjenci żyją. Są gdzieś tam i oddalają się od nas coraz dalej i dalej z każda mijająca minutą,. I nie ważne czy ona to zauważy czy nie, ja miałem zamiar ich upolować. Nie spocznę dopóki ich nie znajdę i nie trafią tam gdzie należą.

ROSE

Zmroziło mnie. Nie chciałam wierzyć swoim oczom, ale to tam było. Moje serce zaczęło mocno bić. Odruchowo zaczęłam się cofać i przeraźliwie krzyknęłam. Ponieważ dokładnie przed mną znajdował się jeden z moich największych koszmarów, od kiedy opuściłam instytut.

Ogromny, wielki pająk.

- Co, co, co?!- Harry zaczął gorączkowo krzyczeć po tym jak dźwięki opuściły moje usta. Szybko znalazł się przy mnie. - Co jest? Co się stało?

Nie byłam w stanie nic powiedzieć tylko wskazałam na długonogie, włochate, okropne stworzenie.
- Fuuuu.- wydałam z siebie dźwięk obrzydzenia. Był wielki, wielkości mojej dłoni. Nie mogłam na niego patrzeć.
Wzrok powędrował w kierunku, który wskazywał mój palec.
- Czy ty sobie kurwa żartujesz? - powiedział niedowierzając.- Myślałem, że coś było naprawdę nie tak.
- Coś jest nie tak! Zabij to, proszę.- nalegałam.

Pokręcił głową, westchnął i sięgnął po swojego buta, ściągając go.
- Zapłacisz mi za to.- powiedział.- Naprawdę mnie wystraszyłaś.
- Przepraszam.- wyszeptałam. Trzymał swojego buta w dłoni i zbliżał się do pająka. W końcu uderzył go i zmiażdżył. Ble.
Ale to nie był koniec. Odwrócił się i pokazał mi co zostało z pająka na podeszwie, czyli jakieś zgniecione pajęcze nogi i trochę czarnej mazi. A najgorsze było to, że zbliżał to do mojej twarzy.
- Przestań!- pisnęłam i odsunęłam się od niego.

Jednakże, nie chciał mnie słuchać. Przygryzł dolną wargę i zaczął mnie gonić, na jednej nodze miał tylko skarpetkę. Wzdrygnęłam się i zaczęłam mu uciekać. Ale rozgnieciony pająk mnie doganiał.
- Harry, przysięgam, że - chciałam go ostrzec, ale nie dokończyłam, bo musiałam zaczerpnąć powietrza, zanim znowu przyspieszyłam. Śmiał się za mną, nadal goniąc mnie z tym czymś w dłoni. Czasami był taki poukładany i inteligentny, ale czasami był tak bardzo dziecinny.
- Harry, nie żartuję, zaraz zwymiotuję.
Nie żartowałam. Ogromny, ohydny, spłaszczony pająk sprawiał, że wszystko w żołądku mi się przewracało. Myślicie sobie, że po tym co przeszłam, jakiś tam robak może mieć na mnie taki wpływ, ale pająki były jedyną rzeczą na świecie, której nie znosiłam najbardziej.

Harry nadal się śmiał, ale w końcu zatrzymał. Przyglądałam mu się ostrożnie gdy wycierał buta o trawę. Kiedy w końcu go wyczyścił i ubrał, popatrzył na mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś dupkiem.- powiedziałam na żarty i go lekko popchnęłam.
- Ja?
Przestałam chichotać, ale nadal się uśmiechałam.
Podniósł brew, chyba chciał coś powiedzieć albo coś zrobić, nie mogłam zgadnąć. Wyszczerzył się, przygryzając wargę. Wtem nagle ruszył na mnie z otwartymi ramionami. Za nim się spostrzegłam znajdowałam się na jego barkach. Zaczęłam się głośno śmiać.
-Harry!
Nic nie mówił, ale czułam jak sam się śmieje. Podbiegł do naszych prześcieradeł, a ja byłam bezradnie przewieszona przez jego ramię. W końcu ostrożnie postawił mnie na ziemi. Stałam jedynie kilka centymetrów od niego. Łapaliśmy oddech, nasze ciała stykały się za każdym wdechem, oboje się uśmiechaliśmy.

Gładkie ręce Harry'ego musnęły moją szczękę, a następnie wślizgnęły się we włosy.

- Jesteś taka urocza - wymamrotał. Miałam wrażenie, że powiedział to z ironią. W jego tonie nie było nic uroczego; był ochrypły, seksowny i głęboki.

Pochylił się aby mnie pocałować, a ja mu pozwoliłam. Pocałunek był pełen pasji, nasze usta mocno do siebie przylegały, jego język natychmiast znalazł się w moich. Wciąż nie przywykłam do całowania go i wątpiłam w to, że w najbliższym czasie przywyknę. Każda z jego cech jakoś inaczej na mnie wpływała: włosy, usta, język, każda pozbawiała mnie siły. Jego ciało wygięło się w moją stronę, a ręce przesuwały po skórze w sposób, który jeszcze bardziej podgrzewał pocałunek.

Mogłam tak stać z moimi ustami na jego przez godziny, ale jednak nasze pocałunki zawsze musiały być przerywane.

Tym razem przez dźwięk przejeżdżającego samochodu. Zbliżał się do naszej kryjówki, koła hałasowały na moście ponad naszymi głowami. Harry nieco się ode mnie odsunął i przycisnął palec do moich ust. To był tylko środek ostrożności, musieliśmy zachować czujność. Nasza dwójka nie wydawała z siebie żadnego dźwięku na odgłosy działalności ludzi.

Kryjówka znajdowała się pod malowniczym mostkiem, otoczonym zimowym krajobrazem. Było w niej nieco cieplej, gdyż byliśmy osłonięci przed wiatrem i padającym śniegiem. Bardzo ładne miejsce w głębokim lesie.

Więc rozbiliśmy pewnego rodzaju obóz, postanowiliśmy spać jak najwyżej i jak najbliżej mostka, aby zostać w ukryciu. Ale był tylko jeden problem: to na jednej z belek podtrzymujących konstrukcję zobaczyłam pająka. I kto wiedział na ile jeszcze możemy się natknąć.

Wzdrygnęłam się na samą myśl.

- Co? - zapytał Harry, widząc moją reakcję.
- Przepraszam, nic ważnego - potrząsnęłam głową.
- Nie, powiedz mi - zażądał. Pewnie myślał, że było to coś bardziej poważnego.
- Myślałam tylko o pająku, to wszystko - powiedziałam.

Słysząc to wybuchnął śmiechem, kąciki jego oczu się zmarszczyły, na policzkach ukazały tak bardzo przeze mnie lubiane dołeczki.

- Przestań się ze mnie śmiać! - zażądałam pół-żartem.

Do końca nie przestał, ale troszkę sie uspokoił gdy powoli potrząsł głową. Byłam pewna, że zaraz usłyszę kolejną docinkę, jednak Harry tylko ziewnął. Znów mogłam dojrzeć w nim coś z dziecka. Jego nos się zmarszczył, gdy pocierał dłonią oczy. Nie sądziłam, że jest zmęczony  biorąc pod uwagę, że przed chwilą gonił za mną w kółko. Lecz chyba jednak oboje potrzebowaliśmy snu.

- Myślę, że powinniśmy iść spać - zaproponowałam. Biegliśmy cały dzień, żeby tu dotrzeć, przemierzając jak największą odległość, wykorzystując świeżo zregenerowane po nocy w motelu siły. Ale teraz byłam całkowicie wycięta.
- Myślę, że masz rację - powiedział, sennie kiwając głową. Kiedy tu  dotarliśmy, rozłożyliśmy koce i całą resztę, więc teraz po prostu ułożyłam się wygodnie na gotowym posłaniu. Nie było to do końca łóżko, ale gruba, sucha trawa posłużyła za materac i to jak na nasze warunki było dobrze i byłam za to wdzięczna.

Harry ułożył się obok mnie, tak że nasze ramiona się stykały. W pozycji pół-leżącej wziął swoją torbę na kolana i zaczął w niej grzebać. Wyciągnął zapalniczkę i papierosy. Obserwowałam jak jego czoło się marszczy, kiedy otacza dłońmi zapalniczkę dopóki papieros nie zaczyna się tlić.

To była kolejna rzecz, która mnie w nim fascynowała. Pomimo tego, że chciałam, żeby rzucił, patrzenie jak odchyla głowę w tył i wypuszcza smugę dymu przez pełne usta było czymś co uwielbiałam.

Nagle kilka obrazów przeszło mi przez myśli.

Patrzenie jak Harry pali papierosa przypomniało mi o motelu, kiedy wbijał w tego pracownika wzrok pełen nienawiści. Po czym przypomniałam sobie kobietę, która też tam pracowała i jej załamanie po stracie siostrzeńca. I to przywiodło mi na myśl pytanie, które już dawno chciałam zadać.

- Harry? - spytałam niepewnie.
- Tak?

Zajęło mi chwilę, żeby odpowiedzieć, starałam się odpowiednio dobrać słowa.

- Jak...jak to było zabić Jamesa?

Jego czoło się zmarszczyło w wyrazie zaskoczenia. Zaciągnął się jeszcze raz, zanim się odezwał.
- Co masz na myśli?
- Mam na myśli czy to było okropne kogoś zabić czy skoro to był James to ci się to  podobało? - spytałam. Było to dziwne, głębokie, przypadkowe pytanie, ale moja ciekawość wzięła górę.
- Nie było okropne - powiedział krótko - Rose, jesteś pewna czy chcesz słyszeć to wszy...
-Tak - przerwałam mu - Chcę. Chcę wiedzieć przez co przeszedłeś, co się stało, bo wciąż dokładnie nie wiem. Powiedz mi.

Westchnął zaciągając się papierosem po raz ostatni, po czym zgasił go na ziemi.
- Czy.. czy czułeś się z tym dobrze? - zapytałam delikatnie.
- Tak.- spojrzał na mnie. Gdy moja mina nie wyrażała ani lęku ani zrozumienia, zaczął mówić dalej.- Z odbieraniem życia - nie, ale z odebraniem jego życia nie miałem problemu. Każde uderzenie w niego przypominało mi o bólu, który zadał Emily albo innym dziewczynom czy tobie i nie mogłem przestać. - Patrzył się w dal jakby przypominał sobie te zdarzenia.- Mam nadzieję, że była to dla niego tortura. Mam nadzieję, że go bolało. Powinien spalić się w piekle.

Moje oczy się powiększyły i westchnęłam w lekkim szoku. Odwróciłam się troszkę od niego, aby przez chwilę pomyśleć.
- Rose.- powiedział takim tonem, który mnie od razu uspokoił.- Wiem co sobie myślisz, ale on odebrał mi wszystko. Wiesz jakie okropne rzeczy zrobił Emily i prawie tobie. Również innym dziewczynom i jak to musiało boleć ich rodziny i znajomych. Nie mogłem się powstrzymać i nie cieszyć się, że w końcu dostanie za swoje.

Spojrzał na mnie ponownie, lekko niepewny mojej reakcji.
- W porządku, rozumiem. Również chciałam, żeby był martwy.- Jednak zaniepokoiły mnie detale, o których mówił Harry i to jaką dawały mu przyjemność.

Milczał przez minutę i zastanawiał się nad tym co powiedziałam.
- Dlaczego w ogóle zawracasz sobie swoją piękną główkę takimi sprawami?
- Wydaje mi się, że po prostu musiałam spytać.

Patrzył na mnie jeszcze chwilę po czym odwrócił się i przytulił się do mnie. Jego głowa spoczywała na mojej piersi, ręka obejmowała mnie w pasie.
- Ogrzeję cię - powiedział i wtulił się bardziej we mnie. Było mi ciepło i wygodnie, gdy pokiwałam głową. - No dobrze, a teraz idziemy spać, kochanie.- pocałował mnie w czoło i wrócił do poprzedniej pozycji. Pomimo poważnej rozmowy, którą odbyliśmy zaczynałam spokojnie odpływać w błogi sen.

Harry i ja zasnęliśmy spleceni ze sobą i nie budziliśmy się przez godziny. Jednakże tym razem w naszym śnie przeszkodził nam przenikliwy odgłos policyjnych syren.

                                                                         
No to koniec.

Dziękujemy wam za wszystko, za cierpliwość, za wsparcie. Było to dla nas bardzo cenne doświadczenie i sama przyjemność, dopóki miałyśmy na to czas. Czas oddać pałeczkę komu innemu, a tą osobą jest Aleksandra (@16ciastek)! Gratulujemy! Następnego rozdziału oczekujcie już od niej i z nią się kontaktujcie. Nie umiem się żegnać, więc no... ~Magda